piątek, 7 lutego 2014

Wesołe(?) jest życie komiksiarza, czyli "Niezwykła historia Marvel Comics".

Kiedy byłem małym chłopcem (hej!), strasznie chciałem zostać autorem komiksów. Wyobrażałem sobie, jak to tworzę kolejne opowieści o superbohaterach, którymi zachwycają się miliony zafascynowanych dzieciaków. Na przeszkodzie w podboju rynku komiksowego stanął mi dosyć prozaiczny fakt. Jaki? Ano, wykazuję się całkowitym brakiem choćby szczątkowego talentu talentu rysowniczego. Cóż, bywa. Trzeba się było pogodzić z tym, że nie będę rozdawał autografów na Comic-Conie. Lektura, wydanej niedawno w Polsce, książki Seana Howe'a dobitnie uświadomiła mi, że może dobrze się stało, bo życie autora komiksów wcale usłane różami nie jest, nawet jeśli pracujesz w słynnym Domu Pomysłów.

Foto: mła (jak widać)
O czym może opowiadać książka pod tytułem Niezwykła historia Marvel Comics pióra Seana Howe'a? O powstaniu i rozwoju Domu Pomysłów, rzecz jasna, ale nie tylko.


Oczywiście dla każdego maniaka komiksowego ta pozycja obowiązkowa. Autor odwalił tytaniczną pracę przeprowadzając wywiady z ponad setką osób, które przez lata przewinęły się przez Marvel Comics. Rozmawiał ze scenarzystami, rysownikami, redaktorami, ale też pracownikami administracyjnymi firmy. Z ich wypowiedzi poskładał fascynująca opowieść o rozwoju wydawnictwa, które (wespół z DC Comics) kształtowało rynek komiksowy i nadawało kierunek rozwoju tej gałęzi popkultury. Pełno tu anegdot, ciekawostek, historyjek zza kulis narodzin uniwersum Marvela. To prawdziwy skarb dla fana, którego lektura wciąga czytelnika, jak zasysa wodę zlew świeżo potraktowany "Kretem".

Jednak największą wartością tej książki jest to, że Howe nie popełnił laurki. Oprócz blasków pokazuje też cienie pracy w branży komiksowej - wprost pisze o tym, że Marvel nie zawsze był wesołą kompanią autorów, która pod wodzą Stana Lee nagrała album z piosenkami na początku lat 60. Marvel z jego książki to też firma, z którą Steve Ditko i Jack Kirby przez lata walczyli o prawa do swoich postaci (skończyło się na ugodach). To firma, która latami rękami i nogami wzbraniała się przed wypłacaniem tantiemów autorom i nie zwracała im oryginalnych plansz (by wymienić co znaczniejsze grzeszki). 

Sean Howe odbrązawia też ikony komiksiarskiego światka. Dla kogoś, kto kojarzy Stana Lee tylko jako dziarskiego staruszka - "ojca Marvela" i na stare lata umila sobie czas kolejnymi cameos w filmach z Marvel Cinematic Universe, jego obraz wyłaniający się z tej książki może być szokiem. Jasne, Howe nie przeczy, że Stan "The Man" to świetny scenarzysta i zaradny redaktor komiksowy. Nie boi się jednak napisać przy tym jasno, że ten sam Lee to również bezwzględny wobec niektórych podwładnych szef i łaknący sławy narcyz marzący o ciepłym stołku producenta filmowego w Hollywood. Jasne, każdy człowiek ma kilka oblicz, zwłaszcza ci pracujący w szołbizie, ale jakoś tak w przypadku uwielbianego Stana Lee ta prawda o nim uwiera moje fanowskie ego. No, ale podobnie mam z George'em Lucasem, takie love - hate relationship.

Zresztą nie tylko Lee "obrywa" się od autora. Sean Howe bez ogródek opisuje np. przemianę Jima Shootera, który przeszedł drogę od zdolnego scenarzysty (dostał angaż w Marvelu jako nastolatek!) do znienawidzonego przez cały zespół redaktora. Jego pomysły na rozwój firmy i uniwersum budziły tak duży sprzeciw, że ludzie masowo rezygnowali, albo robili Shooterowi przytyki na łamach komiksów. 


Stan "The Man" Lee - nie tak nieskazitelny, jak się może wydawać.

Foto: comicasylum.com

Jedyną poważną wadą monumentalnego (i nie chodzi tu tylko o ilość stron) dzieła Seana Howe'a jest brak ilustracji. No, może nie całkowity, bo mamy tu wszakże reprodukcję pierwszej reklamy wydawnictwa Timely oraz zdjęcie uśmiechniętego duetu Lee-Kirby z czasów, gdy wytrzymywali ze sobą w jednym pokoju. Podczas czytania chciałoby się jednak popatrzeć na kadry i okładki komiksów, o których mowa w kolejnych rozdziałach. Trudno mieć jednak pretensję do imć Howe'a o brak zdjęć, bo wynika to chyba z kwestii praw autorskich, wszakże nie jest to pozycja oficjalna, sygnowana logo Marvela (i dobrze, bo dzięki temu możemy przeczytać o ciemnych stronach pracy w Domu Pomysłów). 

Liczysz na podobne grafiki w książce? No to się zawiedziesz.

Foto: wallbase.cc
Polski wydawca mógł za to nieco bardziej postarać się o jakość papieru. Fajnie, że jest twarda oprawa. Jeszcze lepiej, że na okładce cieszy grafika Roberta Sienickiego, ale jeśli książka kosztuje prawie sześć dych to wypadałoby już nie oszczędzać na papierze. Jak już jesteśmy przy polskiej edycji to duże brawa dla tłumacza. Krytyk filmowy Bartek Czartoryski zna się na temacie, co widać, i odwalił kawał świetnej roboty translatorskiej.

Zbierając do kupy te luźne przemyślenia: każdy mniej lub bardziej wkręcony w komiksy śmiertelnik powinien przeczytać książkę Seana Howe'a bo jest po prostu doskonała. I tyle. Poza tym Nagrody Eisnera za najlepszą książkę o komiksie nie dostaje się za piękne oczy, więc jeśli do sięgnięcia po tę pozycję nie przekonują was zalety wyliczone powyżej, to zaufajcie profesjonalistom z jury i marsz do księgarni/biblioteki.

Ode mnie Niezwykła historia Marvel Comics dostaje mocne 9/10 i Znak Jakości Balava (ZetJotBe). Byłaby nota maksymalna, ale jakoś nie mogę przeboleć tego lichego papieru.

Tytuł: Niezwykła historia Marvel Comics
Autor: Sean Howe
Tłumacz: Bartek Czartoryski
Wydawnictwo: Sine Qua Non, Kraków 2013

2 komentarze:

  1. W pewnym momencie trochę naciągane było szukanie podobizn twórców w rysunkach, których nie możemy zobaczyć. Trudno o weryfikację takiego klucza interpretacyjnego poszczególnych kwestii. Autor też trochę podkręca niektóre konflikty, przez co oczywiście czyta się dużo lepiej, ale nie jestem pewien, czy nie ocieramy się tu o zbędną sensacyjność. Nadal jednak to kapitalny kawał książki i myślę, że nawet 9,5/10 byłoby na miejscu.
    P.S. Papier to dość duży składnik ceny książki. Lepszy mógł podnieść ją do 65 lub nawet 70 zł. Ja się tam zresztą papieru czepiać nie zamierzam, bo przypomina mi ten stosowany w komiksach TM-Semic i doskonale pasuje mi do całości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli wychodzi na to, że pośledni papier to tak naprawdę strategia marketingowa SQN, coby przypomnieć stare, dobre czasy;)

      Usuń