Po wielu latach filmowi X-Men wrócili w ręce Bryana Singera. Twórca Podejrzanych i Walkirii postanowił ponownie przejąć pełną kontrolę nad ekranowymi przygodami mutantów ze stajni Marvela. Nigdy do końca nie porzucił tego cyklu (gdy nie reżyserował pozostawał producentem), ale najwidoczniej stęsknił się za serią, która w ostatnich latach mocno odeszła od wzorca wypracowanego przez niego w X-Men i X2 (a poza tym pewnie potrzebował w CV murowanego hitu po umiarkowanym sukcesie Jacka pogromcy olbrzymów). Zresztą od samego początku seansu, gdy fanfara 20th Century Fox kończy się fragmentem motywu muzycznego z X2, czuć, że Singer zrobi wszystko, aby podkreślić, że to jego seria, jego bohaterowie i jego świat.
Brett Ratner w Ostatnim bastionie pociągnął cykl w dół źle poprowadzoną (i spłycającą do granic śmieszności wątki ze słynnej "Dark Phoenix Saga") historią. Matthew Vaughn w Pierwszej klasie w fenomenalny sposób zrehabilitował serię, pokazując początki X-Men, a komiksową opowieść doprawił sporą dawką humoru, lekkością i feelingiem lat 60., gdzie swinging sixties przeplatają się z zimnowojenną grozą. Po drodze mieliśmy jeszcze dwa spin-offy poświęcone Wolverine'owi - jeden fatalny, drugi bardzo dobry. To jednak Vaughnowi należą się pochwalne peany w podzięce za tchnięcie w cykl o mutantach nowego życia. Informacja, że to Singer wraca na fotel reżysera w kontynuacji zadziwiła mnie niezmiernie. Pomyślałem sobie, że będzie miał nie lada orzech do zgryzienia, próbując przeskoczyć dokonania Vaughna. X-Men: First Class to dla mnie wciąż najlepsza część tej serii, a przy tym także jeden z najlepszych superbohaterskich filmów w ogóle. W swym najnowszym obrazie Bryan Singer (ze scenarzystą Simonem Kinbergiem) postanowił połączyć w jedną dwie "eksmenowe" bajki. Wyszło nadzwyczajnie, ale jednak poprzeczki zawieszonej przez Pierwszą klasę przeskoczyć się nie udało. Co nie zmienia faktu, że X-Men: Days of Future Past to jeden z tegorocznych must-see.
Brett Ratner w Ostatnim bastionie pociągnął cykl w dół źle poprowadzoną (i spłycającą do granic śmieszności wątki ze słynnej "Dark Phoenix Saga") historią. Matthew Vaughn w Pierwszej klasie w fenomenalny sposób zrehabilitował serię, pokazując początki X-Men, a komiksową opowieść doprawił sporą dawką humoru, lekkością i feelingiem lat 60., gdzie swinging sixties przeplatają się z zimnowojenną grozą. Po drodze mieliśmy jeszcze dwa spin-offy poświęcone Wolverine'owi - jeden fatalny, drugi bardzo dobry. To jednak Vaughnowi należą się pochwalne peany w podzięce za tchnięcie w cykl o mutantach nowego życia. Informacja, że to Singer wraca na fotel reżysera w kontynuacji zadziwiła mnie niezmiernie. Pomyślałem sobie, że będzie miał nie lada orzech do zgryzienia, próbując przeskoczyć dokonania Vaughna. X-Men: First Class to dla mnie wciąż najlepsza część tej serii, a przy tym także jeden z najlepszych superbohaterskich filmów w ogóle. W swym najnowszym obrazie Bryan Singer (ze scenarzystą Simonem Kinbergiem) postanowił połączyć w jedną dwie "eksmenowe" bajki. Wyszło nadzwyczajnie, ale jednak poprzeczki zawieszonej przez Pierwszą klasę przeskoczyć się nie udało. Co nie zmienia faktu, że X-Men: Days of Future Past to jeden z tegorocznych must-see.
![]() |
| Foto: 20th Century Fox/Bad Hat Harry |








