poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Hu hu ha! Nasza zima zabójcza!

Chris Evans zaczyna powoli stawać się aktorem specjalizującym się w rolach w filmach na podstawie komiksów. Był już Johnnym Stormem, czyli Human Torchem z dwu Fantastycznych Czwórkach, cztery razy (wliczając cameo) wcielał się w Kapitana Amerykę (a tarczę z vibranium będzie dzierżył jeszcze dwukrotnie). Po drodze była też "śpiewająca" rola w niedocenionych The Losers. Teraz na nasze ekrany trafia Snowpiercer: Arka przyszłości - kolejny obraz z Evansem w roli głównej, którego fabuła oparta jest na komiksie. Tym razem jednak Evans nie kreuje superbohatera, a atmosfera obrazu jest dalece inna, niż w Marvelach z jego udziałem. Żeby nie przedłużać: pomimo kilku reżyserskich wpadek ta azjatycko-francuska wizja (która to już?) końca naszej cywilizacji ze wszech miar warta jest czasu poświęconego na seans.

Wizja jest, jako się rzekło, azjatycko-francuska, ponieważ film (chociaż w 80% nagrany w języku angielskim) zrealizowany został w Korei Południowej przez Bong Joon-Ho. Scenariusz oparto na francuskim komiksie La Transperceneige autorstwa tria Lob, Legrand, Rochette (wyd. Casterman). Mamy rok 2031. Siedemnaście lat mija odkąd eksperymentalny sposób zaradzenia globalnemu ociepleniu wymknął się spod kontroli skutkując drugą epoką lodowcową i zagładą ludzkości. Przetrwali tylko pasażerowie luksusowego pociągu należącego do tajemniczego Wilforda. Ów jegomość, wyśmiewany przez innych, konstruuje ekspres przemierzający wszystkie kontynenty bez przerwy (co zajmuje mu rok), napędzany perpetuum mobile. Podróżni pławiący się w luksusach to ostatni ludzie na skutej lodem Ziemi. Ale jest jeszcze ostatni wagon. Tam, w warunkach urągających wszelkim standardom, wegetują ci, którzy na pokład dostali się bez biletów.

Podróżni tworzą więc obraz społeczeństwa wywiedziony z liberalizmu ekonomicznego: są uprzywilejowani pasażerowie pierwszej klasy i "gapowicze", którzy "nie płacą, a korzystają". A raczej płacą, ale nie w postaci podatków i zbiórek publicznych. Ot, czasami władze pociągu wydrą im małoletnie dzieci i zabiorą na mityczne czoło pociągu, gdzie przepadają bez śladu. Karmieni obrzydliwym żarciem i traktowani jak podludzie "żule z końca pociągu" planują (nie pierwszy raz zresztą) bunt przeciwko wszechwładnemu Wilfordowi, który poprowadzić ma brodaty Curtis (Evans właśnie).

Ich rewolucja nie ma żadnego podłoża politycznego. Nie chodzi im o wolność, czy kardynalne prawa jednostek. Chcą przejąć władzę nad pociągiem, aby poprawić swój materialny byt. Tylko tyle i aż tyle. To główny motor ich działań. Gdyby siedzieli w wagonach pierwszej klasy, wówczas niemalże teokratyczna władza Wilforda w ogóle nie byłaby dla nich problemem. Przyznaję, że przypadła mi do gustu ta pragmatyczna, pasująca do naszej konsumpcyjnej rzeczywistości, a przy tym wielce zasmucająca wizja rewolty dla zaspokojenia głodu, walki nie o ideały, ale o pełny żołądek. Dla reżysera taki wydźwięk filmu wydał się chyba zbyt cyniczny i ponury, toteż dorzucił wspomniany "ludzki" wątek poszukiwania dzieci pojmanych przez siepaczy Wilforda. Moim zdaniem niepotrzebnie, bo po pierwsze traktuje go od początku po macoszemu (ale w finale wyjaśnia, więc chociaż tyle dobrego), a po drugie całkowicie zaburza tym stricte ekonomiczny wymiar rewolucji pasażerów ostatniego wagonu.

W trakcie walk buntownicy przebijają się do kolejnych wagonów, a my obserwujemy, jak powoli poznają prawdę o funkcjonowaniu pociągu. Każdy wagon różni się przeznaczeniem i wystrojem od poprzedniego, a im bliżej lokomotywy, tym bardziej luksusowo, ekstrawagancko i kolorowo. Scenografia to największy atut tego filmu i stanowi żywy dowód, że kino postapo nie musi być skazane wyłącznie na szarobure barwy.

Wierzcie lub nie, ale oni właśnie świętują Nowy Rok

Snowpiercera można wyraźnie podzielić na dwie połowy, które znacznie różnią się tonem opowieści i inaczej rozkładają akcenty. O ile pierwsza z nich kładzie nacisk na akcję i efektowne (mimo tego, że całość rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni) sceny walk (tutaj zwłaszcza warta uwagi jest noworoczna jatka w ciemnościach) oraz więcej jest w niej nieco pokręconego humoru (cała sekwencja w wagonie szkolnym, gdzie reżyser po swojemu definiuje termin "jajko z niespodzianką"), tak druga już jest nieco zbyt rozwlekła, oparta głównie na monologach kluczowych postaci. Im bliżej finału, tym bardziej Bong Joon-Ho stara się filozofować i to wyraźnie szkodzi temu filmowi. Scenariusz nie mówi bowiem nic odkrywczego o kondycji człowieka, jego pędzie do władzy i sprawowania kontroli nad innymi, o niesprawiedliwości społeczeństwa, gdzie równiejsi uciskają równych, o tym, że rewolucja zawsze zjada własne dzieci, a oddolne pospolite ruszenia zawsze sterowane są zza kulis. To już było. Było wielokrotnie, twórca powtarza utarte frazesy. Gdy jednak reżyser chce przekazać te znane prawdy kolejny raz, to znacznie lepiej wychodzi mu to na początku, gdy są jednym z elementów składowych fabuły, a nie jej dominantą. Pomimo tej wyraźnej dychotomii w konstrukcji fabuły reżyserowi udało się uniknąć wyraźnych szwów - wszystko ładnie się zazębia, całość opowiadanej historii jest logiczna i klei się, chociaż jest tu kilka głupotek (strzelanina między wagonami, gdy pociąg pokonuje łuk), których nie uzasadnia nawet fantastyczne tło obrazu.

Niestety, wspomniany na wstępie Chris Evans w roli głównej to castingowa pomyłka, która kładzie się cieniem na pozostałych bardzo pozytywnych aspektach filmu. Sam zarost i cierpiętnicza mina aktorem dramatycznym nie czynią. Oglądając Snowpiercera trudno uwierzyć, że Curtis jest tak bardzo połamanym psychicznie człowiekiem, jakim chcieliby widzieć go scenarzyści. Evans nie potrafi oddać bólu i emocji targających Curtisem na ekranie, a stara się przy tym tak bardzo, że jego gra przeobraża się autoparodię. W kluczowej dla tej postaci scenie "spowiedzi" jest sztuczny i gra na fałszywej nucie. O wiele lepiej wypada w sekwencjach akcji, ale to raczej już dla niego norma. Film Bong Joon-Ho to w ogóle taki rodzaj obrazu, gdzie obsada raczej nie wybija się specjalnie ponad ustalony poziom (a niektórzy o uznanych w branży nazwiskach - Hurt, Harris - wyraźnie lecą na autopilocie). Wyjątkiem jest tu Tilda Swinton, która szarżuje aż miło wcielając się w rolę urzędniczki na smyczy Wilforda i wyraźnie bawi się swoją groteskową charakteryzacją, pozwalającą oderwać się jej od wypracowanego przez lata, zimnego i androgynicznego wizerunku.

Jaka to strata, że Tilda Swinton jedynie na drugim planie

Mimo wszystko Snowpiercer to film, który mnie urzekł. Daleko mu oczywiście do klasy Blade Runnera, do którego jest porównywany na plakatach promocyjnych, ale to bez żadnej wątpliwości obraz na swój sposób wyjątkowy. Jest elektryzujący. Przyciąga do ekranu niczym magnes i nie pozwala się oderwać do samego finału, chociaż przeintelektualizowana końcówka chwilami nuży. Zachwyca wizualną stroną, idealnie podkreślającą klasowy podział pasażerów pociągu. Cieszy oko przemyślanymi i nieprzegiętymi, jak to w kinie azjatyckim bywa, scenami walk. Intryguje mniej popularną w popkulturze wizją postapokalipsy. Nie traktuje widza (przynajmniej przez większość projekcji) jak głupca i pozwala mu samodzielnie ułożyć sobie w głowie sens zakończenia. Arka przyszłości to nie jest dzieło idealne i raczej nie może liczyć na status kultowego w przyszłości, ale z pewnością warto film Bong Joon-Ho zobaczyć, aby przekonać się, jak sprawie połączył on język kina zachodniego z azjatycką poetyką. Ja zaś, nadal urzeczony, stawiam ocenę 8/10, chociaż zdaje sobie sprawę, że troszeczkę na wyrost. Do domowej filmoteki raczej go nie włączę, ale chętnie skuszę się na ponowny seans za jakiś czas.


Tytuł: Seolgugyeolcha/Snowpiercer
Rok produkcji: 2013
Produkcja: Republika Korei (Moho Films/Opus Picture)
Reżyseria: Bong Joon-ho;
Obsada: Chris Evans, Jamie Bell, Tilda Swindon, Ed Harris, John Hurt, Kang-ho Song, Go Ah-Sung

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz