Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2014

Czerwony shit... świt

Odświeżony RoboCop dowodzi, że możliwe jest nakręcenie dobrego (i szanującego oryginał) współczesnego remake'u klasyka z lat 80. Film Jose Padihli to jednak wyjątek potwierdzający regułę. Znacznie częściej nowe wersje obrazów zrealizowanych w dekadzie neonowych kolorów, tapirowanych fryzur i syntezatorowych dźwięków stanowią jawny gwałt na szacownych pierwowzorach. Nie inaczej ma się sprawa ze zrodzonym w bólach przed dwoma laty remake'im Czerwonego świtu. Co? Nie słyszeliście o tym, że kultowy akcyjniak Johna Miliusa dostąpił niechlubnego zaszczytu zrimejkowania? Nie dziwota, bo wciąż nie doczekał się oficjalnej premiery w Polsce. I uwierzcie mi, dobrze się stało.

Foto: http://tomytieneblas74.deviantart.com/

środa, 4 czerwca 2014

Odrzuty z montażowni - maj 2014

Cała Polska długa i szeroka wciąż żyje wizytą prezydenta Sojedinennych Sztatów, fascynuje się danymi technicznymi Cadillaka One, zastanawia, dlaczego Barack Obama nie zagrał w Wiedźmaka i otrząsa się powoli z paraliżu komunikacyjnego w stolycy, a tu po cichu nadszedł czas na nowe Odrzuty. Przełom maja i czerwca stał oczywiście pod znakiem Star Wars. Naczelny plotkarski portal z ŁuEs and Ej, czyli TMZ zamieścił zdjęcia z planów w Abu Zabi i Pinewood Studios. Scenografia przedstawiająca (na 100%) targowisko na Tatooine, makieta Sokoła Millenium w skali 1:1 i zmodernizowany X-Wing (tudzież przerobiony republikański Z-95) to pikuś w porównaniu ze stworem, który z miejsca wyrósł na symbol Episode VII. Mowa o kolejnym przedstawicielu tatooińskiej fauny, który wygląda, jakby Gamorreanin spółkował z Dewbackiem. To zdjęcie to - obok tego z obsadą na sesji czytania scenariusza - najbardziej  magiczna fotka behind-the-scenes opublikowana do tej pory. Poza tym dostaliśmy też kolejne info o nowych członkiniach obsady. Dołączyły doń Lupita Nyong'o i Gwendoline Christie. Śmiało można przyjąć, że zagrają raczej znaczące role (inaczej nie byłoby sensu publikować informacji prasowej o ich angażu), a to oznacza, że Episode VII będzie najbardziej sfeminizowaną częścią Sagi. I dobrze. Trudno wyrokować w kogo wcieli się Lupita Nyong'o (niemniej jednak nie sądzę, aby była to Asajj Ventress), z kolei wzrost i dotychczasowe emploi Gwendoline Christie (Brienne z Tarthu) raczej nie wskazują, aby miała zagrać jakąś subtelną dyplomatkę Nowej Republiki. chociaż któż to może wiedzieć (poza Abramsem, Kasdanem i Kennedy, of course). Z dnia na dzień moje oczekiwania względem Episode VII rosną. Mam nadzieję, że na SDCC wreszcie przedstawiony zostanie tytuł. Liczyłem na to przy okazji 4 maja, a tymczasem dostaliśmy "tylko" zwiastun Rebels.

Foto: TMZ.com 

niedziela, 1 czerwca 2014

Iks - ludzie: Dni przyszłej przeszłości

Po wielu latach filmowi X-Men wrócili w ręce Bryana Singera. Twórca Podejrzanych i Walkirii postanowił ponownie przejąć pełną kontrolę nad ekranowymi przygodami mutantów ze stajni Marvela. Nigdy do końca nie porzucił tego cyklu (gdy nie reżyserował pozostawał producentem), ale najwidoczniej stęsknił się za serią, która w ostatnich latach mocno odeszła od wzorca wypracowanego przez niego w X-Men i X2 (a poza tym pewnie potrzebował w CV murowanego hitu po umiarkowanym sukcesie Jacka pogromcy olbrzymów). Zresztą od samego początku seansu, gdy fanfara 20th Century Fox kończy się fragmentem motywu muzycznego z X2, czuć, że Singer zrobi wszystko, aby podkreślić, że to jego seria, jego bohaterowie i jego świat.

Brett Ratner w Ostatnim bastionie pociągnął cykl w dół źle poprowadzoną (i spłycającą do granic śmieszności wątki ze słynnej "Dark Phoenix Saga") historią. Matthew Vaughn w Pierwszej klasie w fenomenalny sposób zrehabilitował serię, pokazując początki X-Men, a komiksową opowieść doprawił sporą dawką humoru, lekkością i feelingiem lat 60., gdzie swinging sixties przeplatają się z zimnowojenną grozą. Po drodze mieliśmy jeszcze dwa spin-offy poświęcone Wolverine'owi - jeden fatalny, drugi bardzo dobry. To jednak Vaughnowi należą się pochwalne peany w podzięce za tchnięcie w cykl o mutantach nowego życia. Informacja, że to Singer wraca na fotel reżysera w kontynuacji zadziwiła mnie niezmiernie. Pomyślałem sobie, że będzie miał nie lada orzech do zgryzienia, próbując przeskoczyć dokonania Vaughna. X-Men: First Class to dla mnie wciąż najlepsza część tej serii, a przy tym także jeden z najlepszych superbohaterskich filmów w ogóle. W swym najnowszym obrazie Bryan Singer (ze scenarzystą Simonem Kinbergiem) postanowił połączyć w jedną dwie "eksmenowe" bajki. Wyszło nadzwyczajnie, ale jednak poprzeczki zawieszonej przez Pierwszą klasę przeskoczyć się nie udało. Co nie zmienia faktu, że X-Men: Days of Future Past to jeden z tegorocznych must-see.

Foto: 20th Century Fox/Bad Hat Harry

niedziela, 11 maja 2014

Part man. Part machine. All remake.

W Hollywood wciąż trwa moda na sequele, prequele, interquele, spin-offy, rebooty i wszelkiej maści remake'i. Scenarzyści i producenci blockbusterów (cierpiący najwyraźniej na dokuczliwy brak oryginalnych pomysłów) sięgają po sprawdzone rozwiązania biznesowe: albo ciągną dalej dochodowe serie, albo zabierają się za ponowne sprzedanie fabuł sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu nawet lat, oczywiście w formie przyswajalnej dla współczesnego odbiorcy. Tak czy owak zysk gwarantowany. Kiedy dowiedziałem się, że kolejną ofiarą "rimejkomanii" padnie RoboCop - jeden z moich ulubionych akcyjniaków z lat 80-tych - zacząłem się naprawdę bać. Strach było pomyśleć, co z kultowym filmem Paula Verhoevena zrobią nowi twórcy żyjący w świecie kategorii wiekowej PG-13. Pierwsze fotosy ukazujące nowy pancerz RoboCopa, żywcem wyjęty z gry Crysis, zamiast mnie uspokoić i narobić chrapki na film, bardziej zniechęciły mnie do tego projektu. Nawet nazwiska pokroju Gary'ego Oldmana, Michaela Keatona i Samuela L. Jacksona nie pobudziły mojego entuzjazmu wobec nowego RoboCopa. To musiała być klęska. Kolejny nikomu niepotrzebny remake. To po prostu nie miało prawa się udać. Tymczasem umiarkowanie pozytywne opinie po premierze sprawiły, że postanowiłem się jednak przełamać i zapoznać z nową wersją RoboCopa. I owszem, to jest kolejny, nikomu niepotrzebny remake doskonałego filmu sprzed lat. Co jednak ciekawe, przy całej zbędności to jednocześnie... solidny obraz! Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia.

Foto: Columbia Pictures

wtorek, 6 maja 2014

Odrzuty z montażowni - kwiecień 2014

Nieco spóźnione Odrzuty, ale cóż począć na to, że dopadło mnie długoweekendowe rozleniwienie. Oczywiście najważniejszy temat ostatnich dni wiąże się ze zdjęciem widocznym poniżej, a które to pewnie widzieliście w każdym chyba serwisie internetowym. To cut a long story short: obsada do siódmego epizodu Star Wars ogłoszona, a ja jaram się jak kowakiańska małpojaszczurka na haju po najlepszym błyszczostymie z Kessel! Nawet nie będę próbował się bawić w odgadywanie w kogo może wcielać się nowa obsada, jak J.J. Abrams i Lawrence Kasdan pociągną dalsze losy Wielkiej Trójki i ile z materiałów z niekanonicznego już Expanded Universe... ups... z Legends przedostanie się do filmu. Szkoda czasu po prostu, a i tak przewidywania fanów pewno się nie sprawdzą. Wolę z wypiekami na twarzy czekać na każdy najdrobniejszy przeciek i rozmazane zdjęcia z planu. Emocje jak ponad dziesięć lat temu! Dobra, już się uspokajam. Chociaż do premiery jeszcze ponad 1,5 roku to jestem dziwnie spokojny o jakość EVII. A tymczasem już na jesieni ruszają animowani Rebels.

The Force is strong with this photo!

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Hu hu ha! Nasza zima zabójcza!

Chris Evans zaczyna powoli stawać się aktorem specjalizującym się w rolach w filmach na podstawie komiksów. Był już Johnnym Stormem, czyli Human Torchem z dwu Fantastycznych Czwórkach, cztery razy (wliczając cameo) wcielał się w Kapitana Amerykę (a tarczę z vibranium będzie dzierżył jeszcze dwukrotnie). Po drodze była też "śpiewająca" rola w niedocenionych The Losers. Teraz na nasze ekrany trafia Snowpiercer: Arka przyszłości - kolejny obraz z Evansem w roli głównej, którego fabuła oparta jest na komiksie. Tym razem jednak Evans nie kreuje superbohatera, a atmosfera obrazu jest dalece inna, niż w Marvelach z jego udziałem. Żeby nie przedłużać: pomimo kilku reżyserskich wpadek ta azjatycko-francuska wizja (która to już?) końca naszej cywilizacji ze wszech miar warta jest czasu poświęconego na seans.

niedziela, 30 marca 2014

A good girl goes to war

Leniwy niedzielny poranek to doskonała okazja na seans filmu z bardzo pojemnego worka gatunkowego, który angielskojęzyczna wikipedia wyczerpująco nazywa "World War II speculative fiction". Wybór padł na How I Live Now (u nas rozpowszechniany jako Jeśli nadejdzie jutro). Gdy kilka miesięcy temu pierwszy raz obejrzałem zwiastun tego obrazu, przyznaję, że byłem zaintrygowany. Raz, że to tematyka, która zawsze zajmowała moją wyobraźnię. Dwa, że to film brytyjski, szykowało się więc inne, niż powszechne w popkulturze (czyli amerykańskie) spojrzenie na filmową III wojnę światową. Trzy: film wyreżyserował Kevin Macdonald, wybitny dokumentalista oraz twórca cenionej przeze mnie ekranizacji Ostatniego króla Szkocji. Jak to jednak zazwyczaj bywa, gdy człek ma rozbuchane oczekiwania to z wielkiego grzyba atomowego mały opad radioaktywny, niestety...

Foto: Film4

sobota, 29 marca 2014

Wszyscy ludzie Alexandra Pierce'a - Captain America: The Winter Soldier

Odziany w gwiazdy i pasy Steve Rogers powrócił w kolejnym filmie w ramach Marvel Cinematic Universe. Bez zbędnego owijania w bawełnę: w filmie naprawdę udanym, bo to bez dwóch zdań najlepszy, do tej pory, sequel w ramach projektu MCU. Odpowiedzialnym za reżyserię braciom Russo oraz parze scenarzystów udało się skroić obraz widowiskowy, przy tym o diametralnie innym klimacie, niż część pierwsza, a jednocześnie wciąż typowo marvelowski. Ważniejsze jest jednak coś zupełnie innego. O ile pierwszy Iron Man stworzył podwaliny pod MCU, a The Avengers w pełni je zdefiniowali, o tyle The Winter Soldier stawia na głowie wszystko, co do tej pory widzieliśmy w filmach z pierwszej i drugiej fazy kinowego uniwersum Domu Pomysłów. Robi to z gracją i z sensem. I z rozmachem.

UWAGA: MOŻLIWE SĄ SPOILERY!
Foto: paolorivera.com

Ten sewentisowy fanowski plakacik chętnie ujrzałbym na mojej ścianie

czwartek, 13 marca 2014

Super(?)glina według Franka Millera

Powracam po dłuższej niż zwykle przerwie, bowiem ponowne odpalenie Fallouta 3 sprawiło, że wsiąknąłem weń na dobre. Ale do rzeczy. Od ubiegłego piątku na naszych ekranach gości sequel filmu 300. W sieci krąży już zwiastun drugiej części Sin City. Oba filmy bazują oczywiście na komiksach Franka Millera (to, że Xerxes - stanowiący podstawę dla 300: Rise of the Empire - wciąż nie może się ukazać, to inna kwestia). Dzieła Snydera i Rodrigueza to czołówka komiksowych ekranizacji. Warto podkreślić, że Miller osobiście dłubał przy scenariuszach do obu części Sin City. Zachęcony przez Roberta Rodrigueza możliwością realizacji jednej z sekwencji w pierwszej części, Miller postanowił też pobawić się w reżyserię. Jego Spirit na bazie komiksów Willa Eisnera jest tak cudownie spartolony, że idealnie mieści się w kategorii "Tak złe, że aż dobre". To nic wyjątkowego. Stephen King też przecież zabawił się w reżysera ekranizacji własnej twórczości w '86 i wyszło mu urocze guilty-pleasure'owe Maximum Overdrive. Trudno więc było wymagać od Franka Miller - twórcy komiksowego, przypomnijmy - reżyserskiego skilla na poziomie Bergmanna. Wymagać od niego umiejętności scenopisarskich można już jak najbardziej, a tymczasem to nie kto inny, jak wielki Frank Miller podpisał scenariusze dwu (z niewielkiej grupy) najgorszych sequeli, jakie nakręcono. Sequeli nie byle czego, bo kultowego (nie bójmy się tego słowa) RoboCopa.


środa, 26 lutego 2014

Odrzuty z montażowni - luty 2014

Pierwszy miesiąc istnienia bloga Round Up The Usual Suspects postanowiłem zakończyć inauguracją cyklu, w których raz w miesiącu będę pisał o tym, co z różnych względów nie załapało się na swój własny, duży wpis. Możecie się tu spodziewać krótkich recenzji i rozmaitych przemyśleń na temat popkultury, które kotłują się w mojej głowie. 

Mniej więcej tym będzie ten cykl wpisów

Foto: Lucasfilm/Paramount

wtorek, 11 lutego 2014

Na szybko: Niech żyje król!

Dołączony do wydania Blu-ray drugiej części Thora All Hail The King to bez dwóch zdań najlepszy one-shot Marvela zrealizowany do tej pory. To niecałe czternaście minut koncertu popisowej gry Sir Bena Kingsleya. Jest zabawnie. Nawet bardzo.


Foto: Marvel Studios

niedziela, 9 lutego 2014

Oscar dla najlepszego filmu 2014 - część pierwsza

Obejrzałem już połowę filmowej stawki ubiegającej się w tym roku o Nagrodę Akademii w kategorii Najlepszy film. Poniżej znajdziecie moje wrażenia i opinie. Druga część pojawi się, gdy nadrobię pozostałą piątkę, czyli najpewniej już po ceremonii wręczenia Oscarów. Uwaga: mogą pojawić się spoilery (których nie oznaczam, bo tak).

Raduj się Joaquinie Phoeniksie, albowiem zagrałeś w przezacnym filmie.

Foto: Warner Bros./Annapurna Films

wtorek, 4 lutego 2014

Na szybko: TOP 5 brytyjskich filmów gangsterskich

Obiecałem tekścik o brytyjskim kinie kryminalno-sensacyjnym i obietnicę spełniam. Wybrałem pięć moich ulubionych przedstawicieli gatunku. Twardzi gangsterzy, jeszcze twardsi gliniarze, brudne ulice, interesy o podobnie niskim stanie higieny, mżawka i five o'clock tea - w tych filmach znajdziecie to wszystko. Gwoli ścisłości, zabraknie tu sztandarowych dzieł imć Guya Ritchie'go. Dzieją się w półświatku, ale to przede wszystkim komedie, a tu będzie mowa o gościach, którym nie do śmiechu, gdy mierzą do ciebie z naładowanego Webleya albo rzucają cię na maskę służbowej Granady 2000.


"We're the Sweeney! Get your trousers on! You're nicked!"

Foto: craveonline.com

niedziela, 2 lutego 2014

Skarby z koszyka z przecenami #1 - Doomsday

Odwiedzając markety elektroniczne w pierwszej kolejności zawsze kieruję się do koszyków z tanimi DVD. Gdzieś na dnie, między jedną polską komedią romantyczną, a akcyjniakiem z podstarzałym Dolphem Lundgrenem, zawsze kryje się jakaś perełka. Ostatnio do mojej filmoteki trafiły dwa takie "koszykowe skarby". Dziś kilka słów o dziele wyjątkowym. Doomsday Neilla Marshalla nie jest tylko rozrywką na niezłym poziomie. To przede wszystkim list miłosny do kina popularnego lat 80. ubiegłego wieku. Zapraszam na Mad Maxa w oparach szkockiej whisky.

Foto: Rogue Pictures