czwartek, 13 marca 2014

Super(?)glina według Franka Millera

Powracam po dłuższej niż zwykle przerwie, bowiem ponowne odpalenie Fallouta 3 sprawiło, że wsiąknąłem weń na dobre. Ale do rzeczy. Od ubiegłego piątku na naszych ekranach gości sequel filmu 300. W sieci krąży już zwiastun drugiej części Sin City. Oba filmy bazują oczywiście na komiksach Franka Millera (to, że Xerxes - stanowiący podstawę dla 300: Rise of the Empire - wciąż nie może się ukazać, to inna kwestia). Dzieła Snydera i Rodrigueza to czołówka komiksowych ekranizacji. Warto podkreślić, że Miller osobiście dłubał przy scenariuszach do obu części Sin City. Zachęcony przez Roberta Rodrigueza możliwością realizacji jednej z sekwencji w pierwszej części, Miller postanowił też pobawić się w reżyserię. Jego Spirit na bazie komiksów Willa Eisnera jest tak cudownie spartolony, że idealnie mieści się w kategorii "Tak złe, że aż dobre". To nic wyjątkowego. Stephen King też przecież zabawił się w reżysera ekranizacji własnej twórczości w '86 i wyszło mu urocze guilty-pleasure'owe Maximum Overdrive. Trudno więc było wymagać od Franka Miller - twórcy komiksowego, przypomnijmy - reżyserskiego skilla na poziomie Bergmanna. Wymagać od niego umiejętności scenopisarskich można już jak najbardziej, a tymczasem to nie kto inny, jak wielki Frank Miller podpisał scenariusze dwu (z niewielkiej grupy) najgorszych sequeli, jakie nakręcono. Sequeli nie byle czego, bo kultowego (nie bójmy się tego słowa) RoboCopa.


W 1990 wytwórnia Orion Pictures (notorycznie borykająca się kłopotami finansowymi) miała w garści kurę znoszącą złote jajka. Trzy lata wcześniej Edward Neumeier i Michael Miner stworzyli nowego bohatera masowej wyobraźni. Pół-człowiek. Pół-maszyna.W całości glina. RoboCop. Holender Paul Verhoeven przeniósł ich scenariusz na ekran, tworząc skąpaną w przemocy satyrę na korporacje i media, a Peter Weller zagrał rolę życia. Nie było ważne, że RoboCop nie był przeznaczony dla młodszej widowni (wiadomo, krew, urywane kończyny, roztapianie ludzi w kwasie i rzucający dumbassami Red Foreman...eee... Clarence Boddicker) - serial animowany i zabawki sprzedawały się znakomicie. Potrzebna była kontynuacja. I powstała. Okazała się być jednym z najdziwniejszych, a przy tym jednym z najfatalniejszych sequeli ever.

Do napisania scenariusza zatrudniono Franka Millera właśnie, który... oddał skrypt uznany przez producentów za niemożliwy do sfilmowania. Zła wróżba, co? Potem przyszła kolejna. Paul Verhoeven pracował na planie Total Recall z Arnoldem, więc zatrudniono nowego reżysera. I tak (nieżyjący już) Irvin Kershner podpisał swym nazwiskiem nie tylko jedną z najlepszych (jeśli nie najlepszą) filmowych kontynuacji, czyli The Empire Strikes Back, ale też jedną  z najgorszych, czyli drugiego Superglinę (jak chce widzieć tytuł rodzimy tłumacz).

Biorąc pod uwagę, że scenariusz był przepisywany przez Walona Greena, a i tak jest ponadprzeciętnie marny, aż trudno sobie wyobrazić, jaki rezultat dałoby sfilmowanie czystej wizji Millera. RoboCop 2 stoi w fatalnym rozkroku. Miało być niby równie kontrowersyjnie (dzieciak-morderca w gangu głównego szwarcharaktera), ale bardziej strawnie dla mainstreamowej widowni. Miało wykorzystywać charakterystyczne zabiegi narracyjne z jedynki (fikcyjne reklamy - te trzymają poziom, zwłaszcza krem do opalania - i wiadomości telewizyjne), ale ze stępionym ostrzem satyry. I oczywiście, zgodnie ze świętym prawem sequela, wszystko miało być bardziej. ED-209 to za mało? No to głównym wrogiem dla cyberwersji Aleksa Murphy'ego zróbmy jeszcze większego robota z mózgiem mordercy-psychopaty. Prawda, że genialne? Nie. Durne. A co gorsza, nudne. Blockbuster pozbawiony napięcia i odpowiedniego tempa to już zbrodnia. Tom Noonan w roli Caina - nowego arcywroga RoboCopa - jest groteskowy i stanowi parodię Clarence'a Boddickera. Jeszcze wam mało? A co powiecie na o-k-r-o-p-n-e dialogi i żałosny humor w scenach z przeprogramowanym Murphy'm?

Gwoździem do trumny była też ścieżka dźwiękowa, którą skomponował Leonard Rosenman (Basil Poledouris był zajęty partyturą do Czerwonego Października). Serio, ale jak to...


... może być lepsze od tego? Robouuukaaap! Robouuukaaap!... Naprawdę?


Ciekawostka: mimo tego, że sporo scenariusza Millera poszło do śmietnika to w trakcie zdjęć nadal pojawiał się na planie, a nawet dostał cameo jako naukowiec. A po latach jego oryginalny scenariusz posłużył jako kanwa dla komiksu Frank Miller RoboCop. Więc jeśli jesteście ciekawi, jaki byłby RoboCop 2 od Millera to macie okazję, wystarczy sięgnąć po TPB, ale raczej nie warto.

O ile klęska artystyczna RoboCopa 2 nie jest w pełni winą Millera, o tyle miałkość zrealizowanego w 1993 RoboCopa 3 może być w znacznej mierze przypisana jemu, bo to on jest jedynym autorem scenariusza. Tylko ciekawa fabuła i dialogi mogły uratować budżetową trójkę od sromotnej porażki. Nie udało się. Drugi raz zmienił się reżyser (za kamerą stanął Fred Dekker). Nancy Allen powróciła do roli Lewis, ale tylko w epizodzie. Odszedł Peter Weller (rozczarowany poziomem drugiej części i zmęczony noszeniem kostiumu RoboCopa). Zastępujący go Robert Burke był jednak obsadowym strzałem w dziesiątkę. Dzięki niemu Alex Murphy stał się postacią, która z powodzeniem może stawać w szranki z takimi tuzami ekranowej charyzmy jak Marek Mostowiak, Jerzy Chojnicki i inny bohaterowie polskich telenowel. Burke nadal jest aktywny zawodowo i zdarzały mu się wdzięczne występy, ale za RoboCopa 3 powinni go z hukiem wyrzucić ze Screen Actors Guild. Dobre strony? Basil Poledouris powrócił na stanowisko kompozytora.

Fabuła początkowo wydaje się znośniejsza od poprzedniej części i ma niezły punkt wyjścia. OCP zmienia właściciela. Zostaje wykupiona przez Kanemitsu - potężny japoński zaibatsu (tak, też produkują roboty) i znów powraca do sztandarowego pomysłu, czyli budowy Delta City na gruzach Detroit. Oczywiście najpierw trzeba wykurzyć mieszkańców, a do tego najlepiej nada się prywatna armia. Tylko RoboCop może uratować obywateli! Przyznacie, że na papierze wygląda to dobrze - ideał stróża prawa staje ponad prawem, aby chronić niewinnych. Co więc tym razem sknocił Miller? To samo, co poprzednio. Znów brak dramaturgii, dialogi są koślawe, czarne charakter wywołują śmiech, zamiast budzić trwogę plus garść głupotek na dokładkę (RoboCop lata? Roboty-ninja? Serio? Serio, niestety). W każdej scenie widać też mniejszy budżet (zdjęcia kręcono w dzielnicy Atlanty, którą później zburzono na igrzyska). RoboCop 3 wygląda jak film prosto na rynek VHS, a tymczasem dystrybuowany był w kinie. O ile dwójka daje się oglądać na zasadzie "słabe to to, ale na swój sposób rozrywkowe", o tyle ta część praktycznie nie ma pozytywnych aspektów (poza muzyką i kolejną porcją fejkowych reklamówek).

Jakieś podsumowanie? Nie będzie zbyt odkrywcze: nie każdy geniusz opowiadania historii w komiksie sprawdza się jako filmowy scenarzysta i nie wszystko, co uda się w komiksie wychodzi na ekranie i vice versa. Tyle.

A żebyście nie uznali czasu poświęconego na czytanie wpisu za zmarnowany, oto przydatna rada na przyszłość: Nie oglądajcie sequeli RoboCopa. Dziękuję za uwagę.



P.S. Szykuję się do obejrzenia remake'u w reżyserii Jose Padihli. Nadal uważam, że jest zupełnie niepotrzebny, ale zewsząd docierają pochlebne opinie. Miałem zignorować, ale się skuszę na seans.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz