sobota, 29 marca 2014

Wszyscy ludzie Alexandra Pierce'a - Captain America: The Winter Soldier

Odziany w gwiazdy i pasy Steve Rogers powrócił w kolejnym filmie w ramach Marvel Cinematic Universe. Bez zbędnego owijania w bawełnę: w filmie naprawdę udanym, bo to bez dwóch zdań najlepszy, do tej pory, sequel w ramach projektu MCU. Odpowiedzialnym za reżyserię braciom Russo oraz parze scenarzystów udało się skroić obraz widowiskowy, przy tym o diametralnie innym klimacie, niż część pierwsza, a jednocześnie wciąż typowo marvelowski. Ważniejsze jest jednak coś zupełnie innego. O ile pierwszy Iron Man stworzył podwaliny pod MCU, a The Avengers w pełni je zdefiniowali, o tyle The Winter Soldier stawia na głowie wszystko, co do tej pory widzieliśmy w filmach z pierwszej i drugiej fazy kinowego uniwersum Domu Pomysłów. Robi to z gracją i z sensem. I z rozmachem.

UWAGA: MOŻLIWE SĄ SPOILERY!
Foto: paolorivera.com

Ten sewentisowy fanowski plakacik chętnie ujrzałbym na mojej ścianie
W Marvel Studios lubią flirtować z kinem gatunkowym (tak jakby superbohaterski akcyjniak nie był klasycznym genre movie, he he). W Iron Man 3 Shane Black dał nam kino kumpelskie, wypełniony akcją bromance, od którego jest specem. W pierwszym Kapitanie Ameryce Joe Johnston sprawnie bawił się konwencją wojennego kina akcji a'la lata 50. i 60. W kontynuacji bracia Russo, którzy zastąpili go na reżyserskim stołku, oddają hołd amerykańskiemu thrillerowi politycznemu z lat 70. i współczesnym szpiegowskim actionerom spod znaku Jasona Bourne'a.

Miłośnicy Trzech dni Kondora, Rozmowy, Syndykatu zbrodni, czy też Wszystkich ludzi prezydenta mogą już opanować swój entuzjazm. Zimowy żołnierz dokonuje jedynie delikatnego ukłonu w stronę tych klasyków i kina z lat 70. w ogólności. Mamy tu więc kultową piosenkę Marvina Gaye'a i Gwiezdne wojny na liście "rzeczy do nadrobienia", którą prowadzi Steve Rogers. Jest tu także typowa dla wspomnianego filmowego gatunku atmosfera wszechobecnego spisku, braku zaufania i podejrzliwości, ale odpowiednio dopasowana do nadrzędnej stylistyki. Jest też wreszcie Robert Redford, filmowy Joseph Turner i Bob Woodward, który w Zimowym żołnierzu wciela się Alexandra Pierce'a - sekretarza S.H.I.E.L.D. Trudno sobie wyobrazić bardziej klasyczne nawiązanie. Niestety, ten wielki aktor stanowi najsłabsze ogniwo w obsadzie. Jego postaci brak wiarygodności, zaangażowania i polotu (a gra czarny charakter!) Redford cały czas sprawia wrażenie, że nie może odnaleźć się na planie letniego blockbustera, że nie stara się zrozumieć kwestii, które wygłasza. Szkoda, naprawdę szkoda, bo wielce byłem ciekaw, jak Wielki Gatsby wypadnie w takiej nowej dlań roli.

Foto: Marvel Studios

Jeśli już jesteśmy przy aktorach, to warto zwrócić uwagę na to, że w Zimowym żołnierzu nie uświadczymy kreacji, która ukradnie cały film i zapadnie wam w pamięci na lata - drugiego Lokiego tu nie szukajcie. Miło natomiast patrzy się na ekranową chemię między Chrisem Evansem i Scarlett Johansson, którą występuje między nimi już od czasu Niani w Nowym Jorku. Samuel L. Jackson ma wreszcie o wiele więcej do zagrania w roli Fury'ego, niźli wcześniej i dowcipnie bawi się rolą, zwłaszcza w monologu o dziadku-windziarzu. 

Osobny akapit należy bez wątpienia poświęcić Sebastianowi Stanowi. Rumuński aktor gra wszakże tytułową postać, wywiedzioną z kart komiksu Eda Brubakera (doskonałego nota bene; oczywiście z tegoż komiksu wzięto do filmu jeno - nieco zmodyfikowaną - backstory i wygląd postaci). Stan ciekawie i wiarygodnie wypadł w roli milczącego superzabójcy i jeszcze ujrzymy go w MCU (wszak podpisał kontrakt na kolejne filmy). Przyznam, że z pewnym zaintrygowaniem czekam, aż przejmie tarczę Kapitana Ameryki od Chrisa Evansa (bo chyba nikt nie wątpi, że także w MCU Bucky zostanie w końcu Kapitanem). 

Foto: Marvel Studios
Ale powróćmy do przerwanego wątku czerpania z kina gatunkowego. O ile przynajmniej część atmosfery twórcy starali się pożyczyć od Coppoli i Pakuli, o tyle reszta to już współczesne kino akcji a'la Jason Bourne: szybki montaż, efektowne walki wręcz (savate), inwigilacja za pomocą nowoczesnych technologii. Całość oczywiście podlana jest komiksową superbohaterskością. O ile więc pierwsza połowa to film mniej więcej szpiegowski (z zachowaniem wszelkiego dystansu, bo to jednak MCU), o tyle od chwili, gdy Falcon pokazuje swe skrzydła, mamy już typowego superhero movie z całym jego wizualnym sztafażem i rozmachem wspomnianym na wstępie.

O tak, Zimowy żołnierz jest widowiskowy i efektowny (zresztą Marvel z Disneyem już do tego swoją widownię przyzwyczaili). Nie jest to może tej samej klasy guma do żucia dla oczu, co The Avengers, czy drugi Thor, jednak efekty specjalne stoją na naprawdę wysokim poziomie, a cały trzeci akt to cudowna ekranowa rozwałka. Krótko mówiąc: budżet widać na ekranie. Przy czym bracia Russo (to goście, którzy pierwszy raz zabrali się za kino akcji, tym większa pochwała im się więc należy), w natłoku bijatyk, eksplozji i pościgów, ani razu nie zapominają o opowiadanej historii i wszystkie sceny akcji sprawie popychają fabułę do przodu, czego zasługa również w niezłym montażu. Nikt w MCU do tej pory (no, poza Whedonem) nie był tak konsekwentny w prowadzaniu swojego filmu, jak bracia Russo. W sierpniu sprawdzimy, jak na tym tle wypada James Gunn z Guardians of the Galaxy. Tradycyjnie też mamy tu również nieco humoru, ale nieco mniej, niż w poprzednich filmach z uniwersum, głównie z uwagi na najbardziej "sieriozny" klimat w pierwszym akcie.

Oczywiście, łyżka dziegciu z przysłowia też musi się znaleźć. Niestety, ciekawy wątek trudności odnalezienia się Kapitana we współczesnym świecie i jego rozdarcia między ideałami, w które wierzy, a koniecznością wykonywania, nie zawsze właściwych z moralnego punktu widzenia, rozkazów została potraktowana po macoszemu i ograniczona do kilku dialogów. Bez wątpienia jednak największą słabością tego filmu jest ścieżka dźwiękowa. Blockbuster musi brzmieć! Zastępujący Alana Silvestriego Henry Jackman skradł wcześniej moje serce fenomenalną partyturą do X-Men: First Class (Magneto i wszystko jasne). Tutaj zaprezentował bezbarwny soundtrack, który spokojnie mógłby stanowić ilustrację do średnio udanego filmu sensacyjnego direct-to-DVD. Dość powiedzieć, że po seansie prędzej zanucicie motyw przewodni Alana Silvestriego z "jedynki" (wykorzystany w paru fragmentach filmu) lub Trouble Man Marvina Gaye'a, niż cokolwiek skomponowanego przez Jackmana. 

Foto: Marvel Studios

Najwspanialsze jednak w tym filmie jest to, jak gładko i w przemyślany sposób łamie dotychczasowe schematy fabularne rządzące MCU, jak narusza zasady, które wydawały się w tym filmowym uniwersum nietykalne, jak zgrabnie przywraca do życia wątki, które wydawały się już pogrzebane i sprawnie łączy je z wciąż trwającymi. Iron Man 3 i Thor: The Dark World były filmami postawendżersowymi, ale oglądając je można było odnieść wrażenie, że to nie faza druga Marvel Cinematic Universe, lecz jedynie faza 1,5. Zimowy żołnierz zmienia tak wiele, że tu już naprawdę można mówić o nowej jakości godnej kolejnego poziomu. Mid-credit scene z tego filmu to chyba najważniejsza tego rodzaju scena w całym MCU do tej pory, bo jasno wskazuje nowe tory, którymi podąży ten cykl. No i dzięki Zimowemu żołnierzowi bardzo przeciętny serial Agents of S.H.I.E.L.D. nabiera pewnej głębi, przynajmniej jeśli chodzi o jego tło fabularne.

Czy polecam? Cóż, każdy fan komiksów Marvela i filmów z tego studia na pewno do kina się wybierze, jeśli jeszcze tego nie zrobił. A pozostali? Kto ma ochotę na widowiskowe kino rozrywkowe ze szpiegowską nutką na pewno będzie zadowolony, o ile przymknie oko na parę głupotek, które tylko nerd przyjmie bez mrugnięcia. Ja bawiłem się bardzo dobrze, a mój fanowski apetyt został zaspokojony.



Ocena: 8/10 (dla fana); 6,5/10 (dla nie-fana).

Tytuł: Captain America: The Winter Soldier
Produkcja: USA (Disney/Marvel Studios)
Rok: 2014
Reżyseria: bracia Russo
Obsada: Chris Evans, Scarlett Johansson, Samuel L. Jackson, Anthony Mackie, Sebastian Stan, Frank Grillo, Robert Redford, Toby Jones, Hayley Atwell, Emily VanCamp


P.S. Na koniec pora po polsku ponarzekać, ale tym razem utyskiwania będą uzasadnione, tak myślę. Szanowny dystrybutorze, gdzie jest wersja 2D z napisami? Bo w żadnym wrocławskim kinie takowej nie uświadczyłem. I pewnie nie uświadczę jej nigdzie, prawda? Bo jej nie ma. Rozumiem, 3D równa się większe wpływy, ale pozbawienie widza, który chce oglądać film w wersji oryginalnej, wyboru między tradycyjnym 2D a 3D i uszczęśliwianie go na siłę trzema wymiarami jest, delikatnie mówiąc, mało eleganckie.

Z tego miejsca chciałbym jeszcze podziękować sieci Multikino za wspaniałe doznania wizualne, jakimi było oglądanie scen w trakcie i po napisach na cudownym, różowym ekranie. Tak, tak, jak tylko rozpoczęła się animowana lista płac obsługa od razu włączyła te koszmarne różowe gwiazdki na ścianach. Zrozumiałbym, jeśli chodziło by o projekcję innych filmów, ale na X Muzę! Przecież od kilku lat wiadomo, że w Marvelach są sceny po napisach, i że część widzów (w tym wypadku połowa obecnych na sali, a nie garstka zapaleńców, jak chociażby na pierwszym Kapitanie) chce je zobaczyć w normalnych warunkach! Czyli w ciemności! No, ale może włodarze sieci Multikino znają się lepiej i różowy filtr ma podkreślać ukryte znaczenia, albo to jakiś artystyczny performance, którego zwykły kinoman nie zrozumie? Ja zrozumiałem, ale coś innego. Mianowicie to, że od tej pory na seans do Multikina idę tylko, gdy już nie będzie innego wyboru.

1 komentarz:

  1. Film pozytywnie zaskakujący, jak dla mnie o wiele lepszy od przekombinowanej i przydługiej poprzedniej części. Ogląda się bardzo dobrze, widz szybko zapomina o celach i ideologii przeciwników bohatera, które są grubymi nićmi szyte i istnieją tylko po to, żeby dobrzy mieli złych oponentów:) Aczkolwiek historia jest wciągająca i nieprzewidywalna, a co mi się też podobało to sceny z Samuelem Jacksonem - świetny pomysł, żeby w końcu przybliżyć fanom sylwetkę Fur'ego.

    OdpowiedzUsuń