Dołączony do wydania Blu-ray drugiej części Thora All Hail The King to bez dwóch zdań najlepszy one-shot Marvela zrealizowany do tej pory. To niecałe czternaście minut koncertu popisowej gry Sir Bena Kingsleya. Jest zabawnie. Nawet bardzo.
![]() |
Foto: Marvel Studios |
Krótkometrażówki Marvela jakoś nie robiły na mnie większego wrażenia. Dwa one-shoty z agentem Coulsonem były wywoływały pół uśmiechy na mojej facjacie, ale po seansie szybko wylatywały z głowy. Item 47 w ogóle mi się nie spodobał, chociaż miał ciekawy pomysł wyjściowy. Dopiero Agent Carter z Hayley Atwell utrzymany w klimatach zimnowojenno-szpiegowskich był naprawdę udany więc panowie z Marvel Studios i ABC ogarnijcie się wreszcie i zróbcie z tego serial. Teraz wydano All Hail The King i, jak już wiecie ze wstępu, bardzo przypadł mi do gustu.
Achtung! Attention! Wnimanje! Jeśli nie widzieliście Iron Mana 3, nie czytajcie dalej!
I nie mogło być inaczej, bo to po prostu sprawie zrealizowany i prześmieszny film(ik). Sir Ben Kingsley ponownie bawi się rolą Trevora Slattery'ego, który puszy się jak paw, bo w więzieniu jest prawdziwą gwiazdą. Inni osadzeni proszą go o autografy (i mają gdzieś, że przecież tylko udawał Mandaryna), ma ogromną celę wyklejoną plakatami jego dawnych spektakli (Król Lear) i lokaja-ochroniarza w jednej pomocy osobie do pomocy. Wywiad udzielany dziennikarzowi to świetny pretekst, żeby jeszcze bardziej pośmiać się z tej postaci (szczególną uwagę zwracam na wątek występu Slattery'ego w serialu dla CBS). Sir Ben całym sobą wypełnia ekran, jego przemiana w Slattery'ego jest tak kompletna, jak choćby w Sexy Beast. Przy okazji ten one-shot mocno odróżnia się od poprzedników, bo stawia głównie na humor i sceny dialogowe, nie zaś na akcję i wychodzi mu to na dobre. I chociaż całość podlana jest klimatem kina z lat 70. (atmosferę budują czołówka i muzyka Briana Tylera) to wciąż są mamy tu typowe elementy filmów MCU (w tym słynną scenkę po napisach).
Łyżka dziegciu? Jak każdy one-shot ten także podrzuca sugestię tego, co zobaczymy w przyszłości w "dużych" filmach z MCU i akurat ta sugestia specjalnie mi się nie podoba, ale pożyjemy, zobaczymy, może nie będzie tak źle. Tak, czy owak, bardzo gorąco polecam - poprawa humoru w kwadrans gwarantowana.
P.S. Nazwisko kompozytora Mike'a Posta w czołówce fikcyjnego serialu ze Slatterym w roli głównej - takie puszczanie oka do widzów wprost uwielbiam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz