sobota, 15 lutego 2014

Odgrzewany kotlet z nietoperza - Batman: Arkham Origins na PC

Odgrzewany kotlet z założenia nie jest smaczny, a kucharz serwuje go, bo musi napełnić kiesę, a nie może podać nowego dania. Jeżeli ktoś jest wygłodniały, to i na takiego kotleta rzuci się ze ślinotokiem. Pytanie brzmi, czy tylko się posili, czy przy okazji czekają go wielkie doznania smakowe. Postanowiłem zabawić się w growego Anthelme'a Brillat-Savarina i sprawdzić, czy nowa odsłona serii Batman: Arkham jest takim właśnie kotletem. O jego jakości nasłuchałem się wcześniej mało pochlebnych wieści. Czy okazał się tylko resztkami z uczty, jaką były poprzedniczki? A może ma swój własny, niepowtarzalny aromat?


Źe niby spoiler? A czy spodziewaliście się, że w tej grze nie będzie Pana Dżej?

Foto: WB Games
UWAGA: możliwe spoilery z tej i poprzednich odsłon cyklu Arkham.

Paulu Dini i Rocksteady, wróćcie!

Oto w październiku doczekaliśmy się trzeciej odsłony przygód Mrocznego Rycerza z serii Arkham. Na pierwszy rzut oka szykowało się sporo zmian. Po pierwsze, gra miała być - jak wskazuje tytuł - prequelem i przedstawiać wczesne losy Batmana. Po wtóre, Warner Bros. Games produkcję zleciło swojemu studiu w Montrealu, tym samym to pierwszy tytuł w cyklu, którego nie popełniło Rocksteady. Po trzecie, weterana Paula Diniego na stołku scenarzysty zastąpili nowi ludzie. To wszystko sprawiało, że ze sporym niepokojem śledziłem doniesienia o tym tytule. To mogła być rewolucja w ramach cyklu, albo zwyczajny skok na kasę i odcinanie kuponów. Recenzje po premierze nie pozostawiały złudzeń: to odgrzewany kotlet, a jakże. Ale może warto dać mu szansę?

Fabuła jest... hmmm... no, jest, a jakże. Niestety, nowi scenarzyści nie bardzo wiedzieli, jak wykorzystać intrygujący punkt wyjścia: Batman jest już postrachem półświatka, ale policja wciąż traktuje go jak wroga. W wigilijną noc Roman "Black Mask" Sionis wyznacza nagrodę za głowę nietoperza. Do miasta ściąga ósemka zabójców łasych na 50 milionów martwych prezydentów. A w całą intrygę - co nie jest w żaden sposób zaskakujące - wmiesza się, nikomu jeszcze nieznany, Joker. W trakcie rozgrywki czeka nas kilka zwrotów akcji, niby całość trzyma się jako tako kupy, ale samo założenie historii jest mocno dęte - oto Batman w ciągu jednej (!) nocy pierwszy raz napotka na swej drodze kilkunastu superłotrów i posyła za kraty Blackgate. O ile nagromadzenie ich w poprzednich częściach miało sens (bo rozgrywały się w więzieniach, a poza tym Bats miał z tymi ludźmi wcześniej do czynienia), o tyle w tym przypadku to jest po prostu do bólu naciągane. Opowiadanej fabule brak komiksowego sznytu i elegancji, którą cechowały scenariusze Paula Diniego. Przynajmniej WB Games podarowało nam Jokera na sterydach, czego Diniemu nie wybaczę, ale każdy ma jakieś potknięcia w karierze. Z ciągłością też jest problem, bo Batman dostaje w swe łapy gadżety, które we wcześniejszych (ale dziejących się później) częściach były ledwie prototypami. Nierówne są dialogi. Joker to znów czubek prima sort, ale Batman brzmi niekiedy jak nadęty bęcwał, a nie obrońca uciśnionych.

Deathstroke, jeden z ośmiu zabójców czyhających na Batmana i jeden z dwu, którzy mają jakieś znaczenie dla fabuły.

Foto: WB Games

Twórcy zdawali się o tym wiedzieć, więc postanowili zatuszować miałkość fabuły mizdrząc się do fanów komiksowego uniwersum DC. Nawiązań jest sporo, niektóre zaskakująco udane - m.in. "pojawia" się Red Hood, a Harleen Quinzel nosi jeszcze kitel lekarski, a nie strój arlekina - pozostałe zaś miast cieszyć, raczej irytują, bo jeżeli dwudziesty raz słyszę od zbirów Bane'a, że ich szef złamie Batmana to mam ochotę wyłączyć grę i już doń więcej nie wracać. 

Jaka jest rozgrywka? Wypisz wymaluj taka, jak w poprzedniczkach. Batman szybuje nad miastem, obija facjaty różnej maści bandytom, używa gadżetów i walczy z bossami. Wtedy ta mieszanka działała i teraz też jest grywalna. Niestety, Origins popełnia grzech pierwszej gry z cyklu - ma wymuszone, przekombinowane i niesprawiające frajdy walki z bossami. O ile pojedynki z Deathstroke'iem i - od biedy - z Copperhead są w miarę interesujące, o tyle Deadshot to całkowita nuda, a Bane woła już o pomstę do nieba. Przy okazji wątek zabójców stanowi tylko tło dla fabuły i z ósemki killerów jedynie Slade Wilson i Bane mają większe znaczenie w opowiadanej historii.

Rożnica w porównaniu do poprzedniczek? No, śnieg pada.

Foto: WB Games

W ramach zróżnicowania twórcy dołożyli ponadto rozwiązywanie prostych zagadek detektywistycznych (polegających na odtwarzaniu przebiegu zbrodni, badaniu dowodów, a potem znokautowaniu podejrzanego) i misje poboczne, w których Mroczny Rycerz ściga Anarky'ego i Enigmę. Tak, Edward Nashton vel Nygma także pojawia się w tej odsłonie, ale jeszcze nie nosi zielonego melonika, a trofea Riddlera zastąpiły pakiety danych o wymuszeniach i korupcji. Powracają też walki na arenach (można wybrać postać Deathstroke'a) i maksowanie wyników.

Christmas in Gotham

Nie tylko gameplay niczym nie różni się od poprzedniczek. Arkham Origins również wygląda zupełnie tak samo jak dwie poprzednie odsłony, zwłaszcza zaś jak City, bo przecież połowa mapy została zapożyczona z tamtego tytułu. Nie ma co ukrywać, że ekipa WB Games Montreal wycisnęła z silnika wszystko, co się dało i panowie z Rocksteady w przypadku części czwartej będą musieli przesiąść się na nowy engine. Nie oznacza to, że Origins jest brzydka, ale jeżeli spodziewacie się postępu w stosunku do poprzedniczki, to się rozczarujecie. Nie można natomiast odmówić projektowi Gotham City klimatyczności. Akcja dzieje się w wigilię, na ulicach zalega śnieg, co i rusz natykamy się na stojące w zaspach pługi śnieżne, a nad wszystkim górują bożonarodzeniowe (nieco groteskowe, dodajmy) ozdoby. Jeżeli połączyć powyższe z tradycyjną dla Batmana architekturą, będącą miksem neogotyku i art deco, to dostaniemy setting niemalże jak w Batman Returns Tima Burtona (brakuje tylko domu handlowego Maksa Schrecka). Szkoda tylko, że miasto jest wyludnione i poza policją i gangami na ulicach nie ma żadnych przechodniów (gwoli ścisłości, twórcy tłumaczą to jakoś komunikatami o śnieżycy).

O ile Origins w ogólnym rozrachunku jest najsłabszą odsłoną serii (co nie jest chyba dla nikogo niespodzianką) to może pochwalić się jednym aspektem, którym bije na głowę Asylum i City - ścieżką dźwiękową. W przypadku wcześniejszych odsłon ubolewałem, że - mimo jawnego nawiązywania do Batman: The Animated Series - twórcy nie pokusili się o wykorzystanie kompozycji Danny'ego Elfmana, a zwłaszcza Shirley Walker, tym bardziej, że muzyka w "jedynce" i "dwójce" była najwyżej poprawna. Tutaj także brak filmowo-serialowych utworów, ale łatwo się z tym pogodzić, bo partytura Christophera Drake'a jest świetna. Może  chwilami nieco zbyt zimmerowsko-nolanowska, ale bez wątpienia zapadająca w pamięć, posępna i doskonale budująca napięcie. Natomiast wykorzystanie popularnej amerykańskiej (a w zasadzie ukraińskiej) kolędy Carol of the Bells jako tematu Jokera to genialny w swej prostocie pomysł na podkręcenie klimatu gry.


W Arkham Origins nie uświadczymy już części aktorów użyczających głosów postaciom w Batman: TAS i poprzednich Arkhamach. Nowa obsada wywiązała się ze swoich zadań dość poprawnie, voiceacting stoi na przyzwoitym poziomie (chociaż Batman chwilami stara się rzęzić jak Christian Bale u Nolana, co mnie niebywale irytuje), ale postawmy sprawę jasno: jeśli Batman to Kevin Conroy, jeśli Joker to Mark HA! HA! HA! Hamill. Kropka. A jeżeli w DLC Mr. Freeze nie przemówi głosem Maurice LaMarche'a to skutecznie zniechęci mnie to do zakupu dodatku. Chociaż przez to, że twórcy zarzucili łatanie bugów w podstawce, żeby dokończyć owo DLC powinienem od razu dać sobie z nim spokój. A właśnie, bugi...



Chrząstki

Cóż, Arkham Origins to osławiona najbardziej zabugowana gra ubiegłego roku. Chyba miałem szczęście, bo grając w najsolidniej na dziś połataną wersję nie natrafiłem na błędy uniemożliwiające skończenie gry tudzież mieszające w sejwach (a te ponoć nadal się zdarzają mimo patchy). Co nie znaczy, że nie zdarzyło mi się popatrzeć na zacinających się przeciwników, przenikające przez ścianę obiekty i Nietoperza fikającego koziołki w powietrzu podczas lotu. Najbardziej dokucza jednak niemożność zaczepienia się linką o wiele obiektów w trakcie szybowania, co utrudnia przemieszczanie się po mieście. Do dziś zresztą nie wiem, czy to błąd, czy też w taki sposób wymyślił to deweloper. Tak czy owak, kucharz zwany WB Games Montreal podczas rozbijania kotleta przez wrzuceniem na patelnię niezbyt się przyłożył i w czasie jedzenia chrząstki chrupią między zębami.

Multiplayer


Pierwszy raz do Gotham zawitał multiplayer. Nie grywam po sieci, trybu multi nie sprawdzałem, toteż go nie oceniam. Z kronikarskiego obowiązku: dwie drużyny bandytów - Bane'a i Jokera - próbują się wystrzelać, a Batman i Robin chcą ich powstrzymać.

Zjadliwe to?

O dziwo, biorąc pod uwagę brak innowacji, odtwórczość, wątły scenariusz i błędy, tak. Nawet bardzo. Dlaczego? Bo to po prostu kolejny Batman Arkham i jeżeli dobrze bawiliście się przy poprzednich częściach, to tutaj też nie będziecie narzekać na nudę. Ludzie z WB Games Montreal nie schrzanili tego, co było dobre w poprzedniczkach, ale kompletnie nie dali nic od siebie, a w dodatku oddali w ręce graczy zabugowany tytuł. Połatany jest jednak jak najbardziej wart zagrania, zwłaszcza teraz, gdy staniał. Ja zaprowadzanie sprawiedliwości w Gotham po raz trzeci wspominam bardzo dobrze, chociaż nie ukrywam, że im bliżej byłem końca głównego wątku, tym bardziej dokuczała mi powtarzalność rozgrywki i męczyły mnie walki z bossami. Biorąc powyższe pod uwagę ocena 6/10 wydaje się najodpowiedniejsza, ale że ja a) jestem miłośnikiem poprzednich Arkhamów i b) zwyczajnie lubię Nietoperza od DC, więc wystawiam...



 ...7/10



Werdykt: Pozostając przy kulinarnej nomenklaturze: kotlet, owszem, odgrzewany, źle rozbity przed smażeniem, a samo smażenie na nie do końca rozgrzanym oleju. Z chrząstkami, w smaku podobny do wcześniej serwowanych dań, ale dobrze przyprawiony i smakuje nawet, nawet. Smacznego!


Na koniec takie pytanka do Was: ukazało się mikro DLC z jedną misją (Bruce Wayne uczy się ścieżek wojownika). Graliście w to? Warto wydać na to kasę?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz