niedziela, 9 lutego 2014

Znane serie gier, w które przestałem grać (i dlaczego) #2

W poprzednim wpisie ponarzekałem na growe cykle, które to - z powodów różnych - porzuciłem po bliższym spotkaniu tylko z jedną (rzadziej kilkoma) częściami. A że przez lata giercowania trochę się tego nazbierało, więc przed wami druga (i ostatnia, chociaż kto wie) część moich wynurzeń na zadany temat. Nie zabraknie kontrowersyjnych wyborów (a na pewno chociaż jeden taki się znajdzie), a że czytelników blog winien zdobywać skandalami, toteż ten post idealnie wpisuje się w strategię promocyjną Zwyczajowych Podejrzanych, opracowaną przez wynajętą przeze mnie agencję PiAr (mrugnięcie okiem, dla tych, którym umknął sarkazm). 

Foto: insidegamer.org

Grand Theft Auto

Ile wyszło na PC: sześć pełnoprawnych części i tyleż dodatków; "piątka" najpewniej już w drodze

W ile części zagrałem: pięć plus stand-alone GTA London 1969 (it's groovy baby)

Dlaczego to rzuciłem?: Lubię sandboksy, nie przeczę. Lubię je nawet bardzo. Lubię też serię Grand Theft Auto. Lubię zwłaszcza dwie odsłony, w które staram się chociaż trochę pograć każdego roku: cudownie neonowo - ejtisowe Vice City (moim zdaniem najlepsza odsłona cyklu z wybornym soundtrackiem) i stareńki dodatek do "jedynki" London 1969, który do dziś kupuje mnie settingiem. Jako się rzekło: lubię GTA, a mimo to od 2005 roku to nie sięgnąłem w żadną z kolejnych części cyklu. Dlaczego, można zapytać. Wszakże narzekanie na GTA to blasfemia niemalże. Mamy do czynienia z cyklem, nad którym recenzenci i gracze rozpływają się w zachwytach. Już spieszę z wyjaśnieniem.

Jestem dosyć wybrednym odbiorcą "piaskownic". Swoboda, jaką dają mi jako graczowi ("Teraz po prostu sobie pojeżdżę tu i tam, potem poszukam znajdziek i dopiero wtedy wrócę do głównych zadań... A może odwrotnie?") musi iść w parzę z wciągającą historią i zmyślnie zaprojektowanym otoczeniem. Dlatego też w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy całkowicie kupiło mnie Sleeping Dogs (wszystko co dobre w sandboksach plus ciekawy system walki wręcz i klimat kina kopanego z Hongkongu na dokładkę). Dobrze jest też, gdy humor w takich grach dawkowany jest z głową, a nie wciskany na siłę z każdej strony. I z tego też powodu omijam serię Saints Row. Dzieło Volition Games jest dla mnie zbyt nachalny w wbijaniu do głowy gracza: patrz jaki jestem cool i funny, bo możesz komuś przylać dildo!

Ale nade wszystko najważniejszy jest balans między historią a otwartością świata. Doskonale było to wyważone w Vice City. Dla mnie ta gra powinna być wystawiana w Sevres jako wzorzec idealnego sandboksa. Niestety, w San Andreas panowie z Rockstara przegięli z "piaskownicowością" i zapomnieli o reszcie. Jasne, najpierw wielkość świata zachwyca i ogrom możliwości, ale później? 


-
- Joł, CJ, idziemy dorwać zabójców mamy?
- Później, najpierw znajdźmy wszystkie ostrygi!


Foto: Rockstar Games
Później przyszło niesamowite znużenie ogromem tej gry. Gdy odlokowałem dostęp do całej mapy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nic już nie motywuje mnie do dalszego zagłębiania się w grę. Ilość rzeczy do zrobienia była tak duża, że w gruncie rzeczy przestała mnie obchodzić, a nijaka fabuła nie zachęcała do dalszego odkrywania (a że dodatkowo nie kręcą mnie klimaty gangsta rapowe, tym bardziej historia CJ-a była mi obojętna). Konkluzja? Gdy na jakiś czas odpuściłem San Andreas już nie widziałem powodów, by doń wracać. W ubiegłym roku powodowany ciekawością odpaliłem GTA:SA ponownie (coby sprawdzić, jak wypada po latach) i odbiłem się od niej jak pocisk od Shermana od przedniego pancerza Tygrysa. Rockstar stworzył w 2005 roku bardzo dobrego sandboksa, nie przeczę, ale zapomniał dodać doń opowieść o porównywanej jakości. Za każdym razem, gdy trafia się jakaś super promocja na "czwórkę" i jej add-ony łapię się na tym, że już mam sięgać po portfel, ale po chwili przypominam sobie o wrażeniach z San Andreas i rezygnuję. Po "piątkę" sięgnę pewnie ze zwykłej ciekawości. Ale daleko bardziej wolę ponownie sklepać paru zbirów Wei Shenem, albo przywdziać hawajską koszulę Tommy'ego Vercettiego.

Lata mijają, a Tommy Vercetti wciąż ikoną stylu

Foto: Wikipedia

Worms

Ile wyszło na PC: dużo:)

W ile części zagrałem: cztery

Dlaczego to rzuciłem?: Zacznę od truizmu. Są gry, które nie powinny być przenoszone do trzech wymiarów. Po prostu nie. Takimi tytułami były Robaki od Team 17. Worms były super w 2D i takie pozostać powinny. Niestety, jakieś 10 lat temu twórcy postanowili pójść za trendem i przenieśli wojownicze robale w trzy wymiary. Narodziły się Worms 3D. Na wspomnienie tego, jak nędzna była ta gra, aż dostaję ciarek. Nie dość, że graficznie była okropna to jeszcze stanowiła bezczelną kastrację wszystkiego, co w Worms sprawiało frajdę. Mniej map, jeszcze mniej broni, prawie całkowity brak grywalności. Rosnąca irytacja zamiast radochy. Wiem, że po eksperymentach developerzy postanowili powrócić do korzeni, ale już mnie nie przekonają. Wolę od czasu do czasu popykać w stary, ale nadal jary jak cholera Armageddon.

Hitman


Ile wyszło na PC: pięć

W ile części zagrałem: trzy

Dlaczego to rzuciłem?: Pamiętam, jak całe wieki temu kuzyn pokazał mi Codename 47 - pierwszą część przygód łysego zabójcy. Blimey, to było coś! Planowanie, skradanie, cicha eliminacja, poczucie zagrożenia. Nerwy napięte jak postronki! Emocje! Kilka lat później zagrałem sam. To naprawdę było przeżycie. Później przyszedł Hitman 2: Silent Assassin. Każdy news o tej grze chłonąłem jak wodę mop Viledy. Byłem do tego stopnia wkręcony, że przed premierą załatwiłem sobie nawet wersję beta (jeden jedyny raz). Po premierze znów byłym oczarowany. Więcej tego samego, ale lepiej wykonanego, a do tego z kapitalną ścieżką dźwiękowa Jespera Kyda. (napisał muzykę do wszystkich części poza najnowszą, ale tu wspiął się na kompozytorskie wyżyny). 

Kolejna część - Contracts - to już było moje prywatne rozczarowanie. Nie zrozumcie mnie źle, to jest dobry tytuł. Ma ciekawy punkt wyjścia fabularnego (pan 640509-040147 leży ranny w hotelu i w majakach wspomina fuchy z przeszłości). Są tu dwie wybitne misje: akcja na Syberii z czeczeńskimi separatystami i finał w Paryżu a'la końcowa sekwencja w Leonie: Zawodowcu. Jest kilka średnich i odgrzewane kotlety w postaci remake'u zabójstw w Hongkongu z "jedynki" (nie mam nic przeciwko growym remake'om jako takim, tylko dlaczego panowie z IO Interactive postanowili przerobić najmniej ciekawe zadania z pierwszej części). Generalnie jednak po Contracts widać, że to typowy zapychacz, którym gracze mieli osłodzić sobie oczekiwanie na kolejną, pełnoprawną część. Zmęczył mnie i zniechęcił do Blood Money. Jednakże mam tak duży sentyment do pana Tobiasa Riepera vel Herr Metzgera, że wkrótce planuję bliżej zapoznać zarówno z Krwawą forsą, jak i z Absolution (w tym ostatnim wypadku mam spore obawy po licznych głosach o ułatwionej rozgrywce).

A na koniec muzyczny geniusz wspominanego wcześniej Duńczyka.





3 komentarze:

  1. Z tym Absolution to się nie zgodzę - moja ulubiona część!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, jak Tobie się podobało, to tym bardziej muszę ograć nowego Hitmana.

      Usuń
  2. Vice City, też uważam za najlepsza odsłonę serii GTA, mam też sentyment do jedyni i trójki.

    Co do Hitmana, to tylko dwójka w większości, ale nawet nie pamiętam czy ukończyłem. Ale frajda była :D.

    OdpowiedzUsuń