W drugim wpisie z cyklu "Odrzuty z montażowni" krótko o tegorocznym Pyrkonie, finale pewnego popularnego sitcomu i mocno rozczarowującej płycie. Dang! Mam wrażanie, że na tych łamach ciągle na coś narzekam. Trzeba to zmienić. Od jutra koniec smęcenia, tylko same pozytywne wpisy nawet o największym szicie. Kwiecień miesiącem pozytywnego przekazu!*
![]() |
| Foto: Moje |
Na planie filmu "Dzień żywych nerdów"
W tym miesiącu było mniej wpisów, bom w weekendy bywał w rozjazdach. Jednym z wypadów była wspólna wizyta z moją Wyższą Instancją w Poznaniu na tegorocznym Pyrkonie. Tłum ludzi w sobotę (ponad 20 tysięcy!) był początkowo nie do ogarnięcia, bo do tej pory konwentowałem tylko na wrocławskich Dniach Fantastyki, które są zacną, ale w porównaniu z Pyrkonem, jednak kameralną imprezą. Na niektóre (większość?) prelekcji trudno było się wcisnąć (smuteczek), ale ogólne wrażenie z konwentu znakomite. Olbrzymia część targowa, masy ludzi grających w RPG-i, karcianki i na starych konsolach, a przede wszystkim mrowie cosplayerów w strojach wywołujących opad szczeny. To musi robić wrażenie. I robi. Obok "standardowych" dla konwentów w Bolandzie ludzi w kostiumach Star Wars (Imperialni, rebeluchy i Mando) i heroic fantasy, liczni byli cosplayerzy mangowi, growi, steampunkowi, superbohaterscy - słowem z każdej dziedziny szeroko pojętej fantastyki i SF. Mnie szczególnie pozytywnie zaskoczyła ilość ludzi przebranych za Doktora (głównie Jedenastego) i T.A.R.D.I.S. (tak, tak) - znaczy to, że fandom Doctora Who rośnie u nas w siłę. W przyszłym roku na pewno wybierzemy się z Pauliną ponownie. Poniżej kilka fotek (przepraszam za jakość, a raczej jej brak). Z tego miejsca ponownie dziękuję naszym szanownym poznańskim Gospodarzom za użyczenie siennika i strawy oraz przekazuję uściski ich uroczej progeniturze:)
![]() |
| Foto: moje |
Mniejsza częstotliwość wpisów w marcu to również zasługa tego, że wróciłem (i wsiąknąłem) do Fallouta 3 i powiem krótko: można się śmiać, że to Oblivion ze spluwami, ale to jest stuprocentowy, pełnokrwisty Fallout. Stawiam go nawet wyżej, niż klasyczną część drugą.
Skusiłem się na Dead Space w ramach darmowej (więc kto by się nie skusił?) promocji na Origin. Parę tygodni temu miałem nawet go kupić w innej promocji, ale się wstrzymałem. Jak widać słusznie. Celem wkręcenia się w klimat zaserwowałem sobie animowany prequel - Dead Space: Downfall - przed rozgrywką. Nie powiem, atmosfera taka, że można siekierą rąbać. Nie chciałbym poznać ludzi odpowiedzialnych za projekty kreatur, bo chyba mają poważne problemy psychiczne. Nie przepadam za typowymi survival horrorami, ale tu naprawdę jest coś wyjątkowego. Gram dalej.
Po dziewięciu sezonach końca dobiegł serial How I Met Your Mother. Ted poznał słynną Matkę, the circle is now complete. A raczej "complete at last", bo ostatnie dwa sezony (a finałowy w szczególności) stanowiły autoparodię tego, skądinąd bardzo zabawnego sitcomu. Twórcom skończyły się pomysły i na siłę wrzucali co raz to bardziej nieprawdopodobne lub żenujące, a tym samym nieśmieszne (lub w porywach "śmiesznawe") żarty i sytuacje, a zakończenie (wymyślone w pierwszych latach emisji i - jak się okazuje - zrobione ewidentnie pod fanów, które tychże fanów rozwścieczyło, ot paradoks) wzniosło serial Baysa i Thomasa na nowy poziom telewizyjnej ckliwej taniochy (dodatkowo burząc pieczołowicie budowany wizerunek i ekranowe dojrzewanie niektórych bohaterów). Że niby finał miał wzruszyć, pokazać, że sitcom może uczyć poważnych lekcji życia, skłaniać do refleksji? Końcowa scena ostatniego odcinka czwartej serii Czarnej Żmii coś takiego robi, ale nie finał HIMYM. To mamy wymuszoną najpospolitszymi sposobami grę na emocjach widza. Ale dajmy spokój finałowi. On jedynie dorzucił ostatnią cegiełkę do ogólnej słabości ostatnich serii. Oczywiście, nawet bardzo dobrym serialom zdarzają się spadki formy (były w Przyjaciołach, były i w Breaking Bad, coby daleko nie szukać), ale od sezonu szóstego HIMYM to równia pochyła, jeśli chodzi o spadek jakości humoru. Dość powiedzieć, że w dziewiątej serii był jeden (jeden!) sympatyczny i niewymuszenie zabawny odcinek - ten ukazujący fabułę serialu z perspektywy Matki. Reszta to pomyłka. Trzy - cztery lata temu byłbym w stanie uznać, ze HIMYM bije Friends na głowę w kategorii "sitcom o grupce przyjaciół". Teraz musiałbym to odszczekać. To był naprawdę fajny serial zamordowany przez przerost ambicji jego twórców.
Foster The People popełnili drugą płytę. Pierwszy album - Torches - to była udana dawka energetycznego, gitarowego indie grania, z garścią przebojów. Supermodel to klasyczny przykład klątwy drugiego albumu. Mark Foster może dorabiać do tego materiału ideologię w wywiadach, ale nie ukryje, że oddał słuchaczom i fanom album brzmiący niczym odrzuty z sesji do Torches. Odrzuty, które słusznie nie dostały się na poprzedni krążek. Dość powiedzieć, że po jednym przesłuchaniu pierwszej płyty w głowie kołatały mi się melodie paru utworów. Po kilku sesjach z Supermodel w głowie zostaje tylko (ledwie poprawny) singiel Coming of Age, ale chyba tylko dlatego, że katują go rozgłośnie radiowe. Odtwórcze, niczym się niewyróżniające, zlewające się w bezkształtną masę dźwięków piosenki, z których żadna nie jest kandydatką na przebój. Naprawdę wielki zawód. Teraz w kolejce czeka Education, Education, Education & War Kaiser Chiefs.
Miałem skrobnąć recenzję Metro 2033: Dziedzictwo przodków, ale uznałem, że szkoda czasu. Tak jak przypuszczałem, bardzo to przeciętne i nieporywające. Przebrnąłem do końca bardziej z fanowskiego przymusu, niż powodowany ciekawością, jak to się skończy. I to by było na tyle.
Przybyło:
The Wolverine, DVD;
The Wolverine, DVD;
Dead Space, PC (digital);
James Luceno, Darth Plaguies - najbardziej kompleksowa i jakże istotna dla uniwersum Star Wars powieść od czasów, a niech będzie!, Cienii Imperium i trylogii Thrawna;
Markus Zusak, Złodziejka książek - nagroda w konkursiwie; momentami nieco pretensjonalne i zbyt ckliwe, ale intrygujące literacko spojrzenie na Holocaust i III Rzeszę oczyma dziecka;
WKKM #33 - Spider-Man: Niebieski;
WKKM #34 - She-Hulk: Samotna, zielona kobieta - w Marvelu naprawdę potrafią bawić się konwencją i żartować;
WKKM #35 - Ród M.
*Prima aprilis! Wiem, słabe to, wiem...







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz