Pierwszy miesiąc istnienia bloga Round Up The Usual Suspects postanowiłem zakończyć inauguracją cyklu, w których raz w miesiącu będę pisał o tym, co z różnych względów nie załapało się na swój własny, duży wpis. Możecie się tu spodziewać krótkich recenzji i rozmaitych przemyśleń na temat popkultury, które kotłują się w mojej głowie.
![]() |
| Mniej więcej tym będzie ten cykl wpisów Foto: Lucasfilm/Paramount |
Obejrzałem wreszcie drugą część Hobbita. Trudno mi w to uwierzyć, ale Pustkowie Smauga jest filmem znacznie słabszym od (przeciętnej przecież) Niezwykłej podróży. Peterowi Jacksonowi udała się sztuka nie lada: nakręcić pozbawioną magii ekranizację prozy fantasy, która - pomimo scenariusza wypakowanego scenami akcji - jest nudna jak flaki z olejem i dłuży się niemiłosiernie (a jest krótsza o 8 minut od pierwszej części i - na szczęście! - pozbawiona ekspozycji trwającej minut 40 z okładem). Cały czas miałem wrażenie, że Jackson tak bardzo stara się uczynić z Hobbita pełnoprawny prequel filmowego Władcy, iż dalszy ciąg wyprawy Bilba i krasnlodów do Ereboru przestał go w ogóle obchodzić i stał się jedynie pretekstem do rozbudowanego ponad miarę zakreślania tła fabularnego dla trylogii. Dzięki temu zabił te niewielkie pokłady rozrywki, które udało mu się zawrzeć w pierwszej części. Całość jest zbyt seriozna, a jak już mamy jakiś humor to nędznego sortu (patrz: Legolas i beczki w potoku). Jackson chyba zapomniał, jak należy ekranizować Tolkiena, a przecież to on wymyślił zasady ekranizowania Tolkiena. Montaż jest tak rwany, że nie mogłem się skupić na jednym wątku, bo już przeskakujemy do kolejnego. Na jedną, minutową scenę. Dobrze, że chociaż wizualnie, muzycznie i aktorsko jest w porządku. Filmowy Hobbit to w żadnym wypadku nie ta liga co LotR, co to to nie. Może gdyby Guilliermo Del Toro zabrał się za Hobbita, jak to było pierwotnie w planach, efekt byłby znośniejszy? Z drugiej strony po Pacific Rim już nie jestem tego taki pewien. Aha, i od kiedy Legolas jest takim dupkiem?
Odpękałem kolejny tegoroczny oscarowy film. Przy czym odpękałem to doskonałe określenie, bo trzy godziny z Wilkiem z Wall Street nie należały do najlepiej spożytkowanych w moim kinomaniackim życiu. Obcowanie z najgorszym od czasów Gangów Nowego Jorku filmem Martina Scorsese przypomina działanie prochów łykanych kilogramami przez Jordana Belforta - najpierw jest jazda (bo humor, bo burzenie czwartej ściany, bo pomysłowa realizacja), a potem paraliż i odrętwienie (bo brak rozwoju postaci, bo fatalnie napisane i zagrane postaci kobiece, bo fabuła - na faktach! - zupełnie pozbawiona polotu). Ten film usilnie udaje że opowiada ciekawą historię, stara się podgrzewać atmosferę scenami seksu, ćpana i chlania (och! jak kontrowersyjnie), a tak naprawdę losy Belforta są mało porywające i nie warte tylu zmarnowanego celuloidu. Najbardziej boli mnie jednak to, że Scorsese - starając się zachować dystans beznamiętnego opowiadacza historii, który nie ocenia - sprawił, że odbiór postaci Belforta może być zupełnie inny, niż powinien być. Facet był uzależnioną od wszystkiego, co może sponiewierać, mendą, która oszukiwała setki ludzi, skrzywdziła własną rodzinę i uniknęła kary zostając przy tym odnoszącym sukcesy coachem sprzedażowym. Wymowa filmu jest taka, że Belforta (przestępcy w białym kołnierzyku!) nie należy potępiać. Należy mu raczej zazdrościć, bo miał zajebiste życie: laski, dragi, kasę, Ferrari, jacht pełnomorski i jeszcze wykołował wymiar sprawiedliwości. Mam też osobisty problem z Leonardo DiCaprio, bo z jednej strony doceniam jego niebywały talent, a z drugiej strony nie potrafię zachwycać się jego kreacjami. Dla mnie są one perfekcyjne, ale wykalkulowane i zimne, pozbawione iskry. Rola Belforta doskonale wpisuje się ten opis. Pora odświeżyć sobie Chłopców z ferajny i Wściekłego byka. Takiego Scorsesego wolę.
Miałem ochotę na superbohaterską animację, więc połknąłem nowość z DC - Justice League: War. Film oparto na komiksie Geoffa Johnsa stanowiącym nową origin story dla JLA. Nie miałem okazji przeczytać. Po seansie nie mam zamiaru. Szkoda czasu. Batman, Green Lantern, Wonder Woman, Superman, Shazam, Flash i Cyborg spotykają się pierwszy raz. Najpierw nawalają się ze sobą. Potem nawalają nawalają parademony Darkseida. Następnie nawalają Darkseida we własnej osobie. I tak przez bite półtorej godziny. Okraszone jest to to dramatycznie złymi dialogami i czerstwym humorem. W ostatnich latach było (w moim odczuciu, rzecz jasna) tak, że o ile filmy pełnometrażowe na bazie Marvela (czy to robione solo, czy do spóły z Foksem) były lepsze, niż te od DC (Ryan Reynolds jako Hal Jordan, wciąż mam koszmary po tym), o tyle w przypadku animacji prym wiodły filmy z Batmanem i spółką. Marvele od Lionsgate były raczej przeciętne i z fatalną kreską, a tymczasem JLA:W prezentują właśnie ich poziom (w całym filmie najlepsza była czołówka). Z kolei ubiegłoroczny Iron Man od Madhouse był zaskakująco dobry (a ja nie przepadam za anime, więc tym bardziej się pozytywnie zaskoczyłem). Czekam na kolejny ruch Marvela, może sytuacja w animacji odwróci się na stałe.
W bólach ukończyłem wreszcie Aliens: Colonial Marines. Nie sądziłem, że przyjdzie mi jeszcze zagrać w tytuł, gdzie do pokonania bossa wykorzystam glitche (nie zdarzyło mi się to od czasu Alpha Protocol), bo kilkadziesiąt prób zabicia go "po bożemu" nie dawało rezultatów. Ta gra to nie tylko fatalny FPS, ale przede wszystkim ordynarny, więzienny gwałt pod prysznicem na całym uniwersum Obcego. Sama otoczka wizualna i kilka fajnych momentów nie jest w stanie poprawić ogólnego wrażenia. Nigdy więcej.
Postanowiłem zmniejszyć grową kupkę wstydu i powróciłem do Deus Ex: Human Revolution. Kupiłem w jakiejś dzikiej promocji w ubiegłym roku, zacząłem grać i... dość szybko porzuciłem. Jakoś nie miałem serca, chociaż lubię takie klimaty. Cyberpunk, ponura przyszłość, spiski tajnych organów rządowych i machlojki korporacji. Teraz wiem, że porzucenie rozgrywki na tak długo to był kardynalny błąd. Świetna rzecz! A inspirowany barokiem design świata Anno Domini 2027 wywołuje uzasadniony zachwyt.
Po przerwie powrócił serial The Walking Dead. Im dalej w sezon czwarty, tym mam większe przeczucie, że ekipie scenarzystów kończą się rozsądne pomysły, jak to dalej pociągnąć. Znów idą w zestaw oklepanych do szczętu motywów wałkowanych od początku serialu: grupa znów rozdzielona i Rick ponownie miotający się między byciem beksą, a twardzielem.A żeby wrzucić trochę akcji do słabujących scenariuszy twórcy tradycyjnie stosują równanie Michonne + katana + zombie = poobcinane głowy. Tak tragicznie, jak przy okazji odcinków na farmie jeszcze nie jest, ale powoli wszystko ku temu zmierza. Póki co jednak oglądam, zgrzytając zębami raz po raz.
Jako że blogi służą też do przechwalania się, to w ramach tego cyklu będę od czasu do czasu wrzucał info jakie pozycje powiększyła się moja kolekcja filmowo-growo-książkowo-komiksowo-gadżetowa.
Luty 2014 (stuknął kolejny krzyżyk, więc jest tego więcej, niż zazwyczaj):
- Bernard Cornwell, Pieśń Miecza;
- Suren Cormudian, Uniwersum Metro 2033, Dziedzictwo Przodków;
- Batman: Arkham Origins;
- The Watchmen. Strażnicy (DVD);
- World War Z (DVD);
- WKKM #31 - Kapitan Ameryka: Wybraniec
- WKKM #32 - New Avengers: Ucieczka

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz