Premiera kolejnej pozycji książkowej w ramach cyklu Uniwersum Metro 2033 to dobra okazja dla wrzucenia paru przemyśleń o poprzednich częściach cyklu. Zawsze chętnie sięgam po kolejne powieści z tej serii, bo ciekawej literatury postapo nigdy za wiele, a i specyficzny klimat rosyjskiego SF to coś, co bardzo mi odpowiada. Nie zmienia to jednak faktu, że różni autorzy oznaczają nie tylko odrębne spojrzenie na świat wykreowany przez Dmitrija Głuchowskiego, ale też zróżnicowany poziom. I tylko mutanty oraz promieniowanie, którego skutki leczy się tu wódką, są u każdego autora zawsze takie same - zabójcze. We wpisie pomijam Metro 2033 i Metro 2034, które zrecenzowałem kiedyś na łamach forum Bastionu i - szczerze pisząc - nie mam ochoty powtarzać mych sądów na ich temat. Jeśli więc jesteście ich ciekawi to na pewno można je jeszcze odgrzebać w czeluściach sieci. Ad rem.
![]() |
Wszystkie grafiki: Wydawnictwo Insignis |
Piter, Szymun Wroczek
Pierwsza powieść z cyklu Uniwersum 2033, którą Insignis wydało w Polsce. Dziwi mnie, że akurat ten tytuł wydawca wybrał jako starter projektu. Wszak wejść w buty autora poczytnych pierwowzorów to nie lada zadanie. Seria nadal się ukazuje, więc Piter spełnił swoje zadanie i zatrzymał czytelników oryginalnego Metra, ale jeśli potraktować książkę jako samodzielną pozycję, to jest... nijako. Tak jak u Głuchowskiego otrzymujemy powieść drogi, gdzie bohaterowie wyruszają na wyprawę, by uratować swoją małą, podziemną społeczność przed nieznanym zagrożeniem, tyle tylko, że akcja dzieje się w Sankt Petersburgu, a nie w Moskwie. I w zasadzie to wszystko, co można powiedzieć o tej pozycji. Z dotychczas wydanych powieści z cyklu książce Szymuna Wroczka bliżej do fanfica, niźli to "pełnoprawnej" literatury. Intryga jest poprowadzona poprawnie, autor wie, jak ciągnąć narrację, kiedy wrzucić scenę akcji, kiedy skupić się na pogłębieniu postaci bohaterów, kiedy wreszcie umieścić twist fabularny.
Jego starania spełzają wszakże na niczym, albowiem wymyślona przez niego fabuła jest mało wciągająca, a postaci zarysowane grubą kreską i będące bardziej zbiorem dwu-trzech definiujących je cech, niż pełnokrwistymi bohaterami, których losem można przejmować się w trakcie lektury. Dodatkowo Wroczek stara się naśladować styl Głuchowskiego, toteż brak tutaj mowy o jakiejkolwiek oryginalności. Najmocniejsza strona tej, w gruncie rzeczy wyjątkowo bezbarwnej książki, to miejsce akcji: moskiewskie metro zastąpiły tunele kolei podziemnej w Sankt Petersburgu, a ponadto znacznie więcej wydarzeń, niż to miało miejscu u Głuchowskiego, rozgrywa się na powierzchni radioaktywnego miasta. Po lekturze całość szybko jednak wyparowuje z głowy. Ot, czytadło dla lubiących rosyjską postapokalipsę, ale nic ponadto.
Trylogia Do światła/W mrok/Za horyzont, Andriej Diakow
Jak w skrócie opisać trylogię Andrieja Diakowa? Ważna misja, śmiertelne zagrożenie, podróżowanie cudami radzieckiej techniki, trudna miłość ojcowsko-synowska i skażony Sankt Petersburg w tle (ponownie). Typowa dla cyklu mieszanka, niemniej okraszona paroma niezłymi pomysłami fabularnymi, paroma bzdurami, sensownie skleconą intrygą, która wartko rozwija się z tomu na tom. Jednak to dwójka głównych bohaterów dodaje iskrę wyjątkowości powieściom Diakowa, dzięki czemu wybijają się na tle pozostałych książek wydanych w ramach projektu. Taran i Gleb. Ojczym i przyszywany syn. Doświadczony stalker i osierocony chłopiec. Od początkowej wzajemnej szorstkości, poprzez przełamywanie lodów, troskę, pretensje i żale, aż do prawdziwie rodzinnej więzi. Taką oto ewolucję relacji głównych bohaterów przedstawia nam Andriej Diakow. Może i to nic nowego, ale główne postaci budzą autentyczną sympatię, a swego rodzaju ciepło, które bije z kart dodaje tej postapokaliptycznej przecież, co znaczy z gruntu ponurej, wyjątkowego kolorytu, niespotykanego w innych tomach cyklu. Szkoda tylko, że autorowi nie wychodzi pisanie przejmujących dialogów, w których nie chodzi jedynie o popchnięcie akcji do przodu, lecz o wyrażenie emocji i uczuć targających bohaterami. Śmieszą, zamiast wzruszać. Bez względu na to, trylogia ta to najlepsze wydane w ramach projektu pozycje. Ustępują oczywiście oryginalnemu Metru 2033 Głuchowskiego, ale już z rozczarowującym Metrem 2034 mogą spokojnie rywalizować o miano "numeru dwa" w serii.Korzenie niebios, Tullio Avoledo
Książka istotna o tyle, iż to pierwsza wydana u nas część cyklu napisana przez nie-Rosjanina, a której akcja nie rozgrywa się w zrujnowanej Mateczce Rosji. Autor jest Włochem i właśnie rodzimym na Półwyspie Apenińskim umieścił fabułę Korzeni niebios. Tullio Avoledo miał ambicję uczynienia ze swej książki czegoś więcej, niż tylko literatury do pociągu. Wzorując się na braciach Strugackich zapragnął, korzystając z fantastyczno-naukowego sztafażu, odpowiedzieć na ważkie pytania egzystencjalne: o Wiarę, Sens Życia, Przeznaczenie (pisane wielkimi literami, rzecz jasna). Tak, to miała być powieść, gdzie świat wykreowany przez Głuchowskiego miał być tylko tłem, a wewnętrzna przemiana bohatera wybijać się na pierwszy plan. Cóż, nie wyszło. Zdaniem autora Metra 2033 to najlepsza książka w ramach projektu Uniwersum. Wygląda na to, że mam bardzo odmienny gust, bo żaden z wydanych do tej pory tomów tak mnie nie wymęczył. Tullio Avoledo poległ na dwu frontach.
Korzenie niebios nie sprawdzają się zarówno jako postapokaliptyczna rozrywkowa popliteratura (z uwagi na wyjątkowo, nawet jak na taką tematykę, posępny klimat i odpychających bohaterów) oraz jako traktat o granicach człowieczeństwa w nieludzkim świecie (ze względu na pretensjonalność obserwacji popełnionych przez autora). Zapowiadało się jednak obiecująco. Oto przechodzący kryzys wiary ksiądz zostaje wysłany przez kardynała - kamerlinga kierującego resztkami Kościoła Katolickiego na poszukiwanie ocalałego (podobno) papieża. Musi opuścić w miarę bezpieczne podziemia Watykanu i w towarzystwie komandosów z Gwardii Szwajcarskiej (tak, tak, zapomnijcie o papuzich strojach, to są twardzi goście, jak na stalkerów przystało) wyruszyć na misję, która bardzo szybko zamieni się w jego osobistą drogę krzyżową. Prawda, że intrygujące? Pokazać, jak po globalnej katastrofie funkcjonuje instytucja religijna? Spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy ma jeszcze rację bytu? Czy można jeszcze wierzyć w zbawienie, gdy przeżyło się biblijną, chociaż uczynioną ludzkimi rękami, Apokalipsę? Ale nie! Zamiast skupić się na dobrych elementach i je rozwinąć, lepiej przeczołgać głównego bohatera przez kolejne kręgi postnuklearnego piekła na ziemi, przeciwstawiać mu co raz to bardziej groteskowych (i nieciekawych!) adwersarzy, a potem utopić go jeszcze w morzu majaków i sennych widów. A filozoficzne przemyślenia, które autor chciał przekazać? Cóż, na jednej stronicy Pikniku na skraju drogi wspominanych Strugackich znajdziecie więcej głębi, niż w całych Korzeniach.
Dziedzictwo przodków. Tod mit Uns, Suren Cormudian
Najnowsza pozycja, która recenzji na łamach Zwyczajowych Podejrzanych doczeka się niebawem. Tym razem autor postanowił połączyć codzienność postapokaliptycznego Kaliningradu z tajemnicami pruskiego, a zwłaszcza hitlerowskiego Koenigsberga. Czyli będą dzielni Rosjanie, wredni pogrobowcy Fuehrera Tysiącletniej Rzeszy i sekretna Wunderwaffe. Suren Cormudian to były wojskowy i po przebrnięciu przez około sto stron doskonale to czuć w jego prozie. Znacznie bardziej kręci go opisywanie typów uzbrojenia, którymi posługują się bohaterowie, niźli kreślenie charakterologicznych portretów tychże. Póki co jest tak sobie, niemniej nazistowskie tajne bronie to - oklepany, a jakże - ale jednak samograj, więc czytam dalej i czekam na jakieś zaskoczenie (tylko czemu mam przeczucie, że dostanę tutaj standardzik w postaci hitlerowców z Ameryki Południowej albo z Nowej Szwabii na Antarktydzie).
Aha i byłbym zapomniał, Insignis wydało niedawno darmowy e-book W blasku ognia z opowiadaniami polskich miłośników Metra 2033. Od chwili premiery siedzi sobie wygodnie w pamięci mojego smartfona, ale jeszcze nie przemogłem się, by zacząć lekturę (nie przepadam za czytaniem z urządzeń mobilnych, bo trza czuć papier pod palcami, no!), ale coś mi mówi, że te krótkie formy mogą być znacznie ciekawsze, niż powieść imć Cormudiana...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz