niedziela, 9 lutego 2014

Oscar dla najlepszego filmu 2014 - część pierwsza

Obejrzałem już połowę filmowej stawki ubiegającej się w tym roku o Nagrodę Akademii w kategorii Najlepszy film. Poniżej znajdziecie moje wrażenia i opinie. Druga część pojawi się, gdy nadrobię pozostałą piątkę, czyli najpewniej już po ceremonii wręczenia Oscarów. Uwaga: mogą pojawić się spoilery (których nie oznaczam, bo tak).

Raduj się Joaquinie Phoeniksie, albowiem zagrałeś w przezacnym filmie.

Foto: Warner Bros./Annapurna Films


Gravity

Wizualny majstersztyk? Oczywiście. Bardzo dobry film? Ależ tak. Najlepszy film roku? Zdecydowanie nie! Po pierwszym zachwycie nad wizualną stroną (opad szczęki był, a jakże) szybko zdałem sobie bowiem sprawę, że Grawitacja jest filmem całkowicie nieangażującym emocjonalnie, zimnym jak sam kosmos. To zaskakujące, biorąc pod uwagę, że mamy tu klasyczną historię o przetrwaniu. Niestety, Alfonso Cuaron nie sili się na uatrakcyjnienie tego schematu fabularnego i serwuje nam tutaj prościutką opowieść o tym, że zawsze warto żyć, nawet jeśli myślisz, że nie masz już po co i dla kogo. To dałoby się jeszcze przeżyć, gdyby nie fakt, że zwroty akcji są dosyć przewidywalne, a ciężar filmu położono na barki aktorki, która jest w swej roli bardzo, ale to bardzo niewiarygodna (skąd nominacja dla Bullock, ja się pytam?). W gruncie rzeczy od początku wiadomo, że happy end jest nieunikniony, główna bohaterka nieciekawa, więc finału wyczekujemy tylko po to, by ponownie zachłysnąć się pięknem kosmosu. Grawitacja jest filmem najbardziej - nomen omen - filmowym w oscarowej stawce i Emmanuel Lubezki na pewno wyjdzie z ceremonii ze statuetką za zdjęcia. Zapracował nań w tym roku, jak mało kto. Od najlepszego filmu roku wymagam jednak więcej, niż by tylko cieszył oczy, nawet w tak wysublimowany sposób.



American Hustle

American Hustle jest obrazem niesamowicie wręcz poprawnym. W najdrobniejszych szczegółach skrojonym pod Nagrody Akademii. Zarazem Amerykański szwindel (dlaczego, u licha, polscy dystrybutorzy na siłę wymyślają dziwaczne tłumaczenia tytułów, a gdy mają idealne polskie, wówczas zostawiają tytuł oryginalny?) to chyba najsłabszy, najbardziej wymuszony film twórcy Three Kings (pamięta ktoś? świetne, zabawne, bezpretensjonalne kino rozrywkowe). American Hustle jest rozwleczony o jakieś 15-20 minut, z zakończeniem sprawiającym wrażenie doklejonego na siłę, scenariuszem, który nie może zdecydować się, czy ma być intymną opowieścią o nakładaniu masek w relacjach z innymi ludźmi, czy rasowym kryminałem. Obraz broni się aktorstwem (cała piątka gwiazd gra na swoim zwyczajowym poziomie, ale nikt specjalnie się nie wybija; nieważne - są wielce OK) i doskonałymi kostiumami z epoki. W American Hustle wszyscy oszukują, udają, że są kimś innym, niż w rzeczywistości. Reżyser z kolei okłamuje widza, że ma pomysł na uczynienie tego filmu ciekawym. Oszukuje skutecznie, bo do samych napisów końcowych niecierpliwie czekamy na coś, co uczyni ten film wybitnym. Nie dostajemy tego - jest ledwie dobry. O'Russell (chyba niezamierzenie) uczynił przy okazji ze swojego filmu doskonałą alegorię USA końca lat 70. - tu też pod płaszczykiem blichtru i samozadowolenia ukrywa się nijakość i słabość.



12 Years A Slave

Kolejny FBWATH (Film na Bardzo Ważny Amerykański Temat Historyczny) nominowany w głównej kategorii na przestrzeni lat. Tym razem zrobiony przez Brytyjczyka. Z Brytyjczykami i z niemieckim Irlandczykiem w obsadzie. Na faktach. I co? I nic. To drugi przykład na to, że uznany twórca dostaje w tym roku nominację za swój najsłabszy film. Ekranizacji książki Northupa nie można stawiać w jednym rzędzie z Głodem czy Wstydem. Steve McQueen popełnił klasyczną czytankę na temat. Nie starał się wycisnąć z prawdziwej historii bohatera nic więcej, niż tylko podkreślenie, że niewolnictwo jest złe. Tyle, że to jest oczywiste. Parafrazując Hochwandera z Misia: "Wiem, że niewolnictwo jest złe! Trzydzieści filmów o tym zrobiłem". Na tle innych obrazów podejmujących ten sam temat 12 Years A Slave ginie, bo nie wyróżnia się niczym. Powtarza banały, grzeszy niezajmującym bohaterem i tanim sentymentalizmem. Gdyby nie wątek Patsy, wówczas nie wywoływałby żadnych emocji. Tym bardziej szkoda zmarnowanej szansy, bo liczyłem na to, że reżyser ze Starego Świata spojrzy inaczej na najbardziej wstydliwy okres w historii USA. Niestety. Najpewniej to ten film okaże się triumfatorem w najważniejszej kategorii, ale w mojej ocenie niezasłużenie. Natomiast, jeżeli Michael Fassbender nie wyjdzie z ceremonii z Oscarem to będzie to absolutny skandal. Zagrał kolejną doskonałą rolę w swej karierze (chociaż wcześniej były lepsze vide rzeczony Głód), która błyszczy na tle tego poprawnego zaledwie filmu. Jeśli oglądać to głównie dla niego.



Her


Cóż, Her na pewno nie dostanie Oscara za najlepszy film. W odczuciu szanownych akademików może być filmem zbyt dziwacznym. Bo trochę taki jest, ale na wszystkie bóstwa celuloidu, jest doskonały! To nie jest tylko opowieść o facecie, który zakochuje się w systemie operacyjnym swojego komputera. To znacznie bardziej złożona przypowieść o radzeniu sobie z samotnością, o umiejętności zamykania kolejnych etapów w naszym życiu, by otworzyć nowe. O miłości, która jest trudna, wymagająca, ale tak bardzo potrzebna każdemu z nas. To opowieść subtelna, chwilami zabawna, chwilami bardzo poruszająca. Minimalistyczna. Wysmakowana. Niegłupia. Świetna scenograficznie (projekty ubrań, mieszkań, mebli). Genialna. Jako się rzekło, Her na pewno nie wygra w głównej kategorii, ale mam szczerą nadzieje, że Spike Jonze odbierze Złotego Rycerza za scenariusz oryginalny.


2 komentarze:

  1. Zgadzam się z Her - film doskonały, na dodatek arcyciekawa tematyka - AI. Grawitację widziałem, fajna, mocna, ale...no ale czegoś brak. Reszta przede mną :) A, wczoraj widziałem Sierpień w... , bardzo dobry, ale przygnębiający. No i Meryl, Meryl, Meryl <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sierpień... istotnie bardzo mocny, ale scena stypy wg mnie zbyt groteskowa, chociaż koncertowo zagrana.

      Usuń