niedziela, 2 lutego 2014

Być jak Jenette Vasquez

Osławiona Aliens: Colonial Marines to gra, krótko rzecz ujmując, kiepska. Od premiery mija już prawie rok, twórcy wypuścili sporo łatek (aktualnie ogrywam wersję 1.4), ale to wciąż tylko pudrowanie trupa. Dzielnych United States Colonial Marines (a przy okazji gracza) wciąż prześladują pokracznie animowane ksenomorfy, wrogowie przenikający przez ściany, mechanika rozgrywki i grafika rodem z budżetowego shootera sprzed dekady i idiotyczna fabuła, która każdego fana uniwersum Obcego powinna skłonić do popełnienia samobójstwa przy użyciu ukochanego M41A. Jedyne, co powstrzymuje mnie przed wywaleniem tego potworka z dysku to setting, udźwiękowienie i mały fragment kampanii singlowej. Ale za to jaki fragment!

Foto: PC Gamer/SEGA


Przysłowiowa dycha, za którą cdp.pl oferował ostatnio kody Steam do Aliens: Colonial Marines to i tak majątek w relacji do jakości, jaką oferuje "dzieło" Gearbox (tzn. studiów wynajętych przez Gearbox do zrobienia tej gry za nich, bo to głównie dlatego okazała się tak okropna). Wiedząc z rozlicznych recenzji czego się mogę spodziewać, ale wygłodniały kolejnego tytułu osadzonego w tym uniwersum (gdzie jesteś godny następco Aliens vs Predator?!) skusiłem się i zagrałem. Całość pewnie ukończę, coby nie powiększać mojej "growej kupki wstydu", ale wiem już na pewno, że będzie to jednorazowe spotkanie. Po prostu tyle rzeczy tu spaprano, że (i tak śladowe) ilości grywalności zaczynają całkowicie zanikać. W całym zalewie miernoty, która bije z ekranu zdarzają się jednak momenty udane. Zwłaszcza ten, gdy w cyfrowe łapska gracza wpada pewien wyjątkowy oręż.

W kanałach pod zabudowaniami Hadley's Hope na LV-426 (z których nie powinien zostać kamień na kamieniu po wybuchu bomby jądrowej, ale  osada wciąż się trzyma, bo twórcy gry mają fabuły Aliens i Alien 3 w głębokim poważaniu) poszukujemy zaginionych członkiń naszego oddziału. Dowódca daje nam na drogę małego, "sprytnego" przyjaciela: smartgun M56. Schodzimy na dół. I  - zgodnie z nazwą achievementa - zaczyna się jazda.

Foto: 20th Century Fox
Pamiętacie Aliens? Głupie pytanie, jasne że pamiętacie! Pamiętacie więc też twardą jak skała Jennete Vasquez, która z zaciętą miną dzierżyła ten zabójczy kawał żelastwa. Karabin pulsacyjny jest fajowy. Samoróbka Ripley z dołączonym miotaczem ognia też niczego sobie. Jednak dopiero smartgun pozwala nawiązać jako tako równą walkę z ksenomorfami. Grając w Aliens vs Predator nie miałem wcześniej takiej radochy z używania tej broni, bo nie pozwalała na to gęsta atmosfera zaszczucia i grozy. Ten tytuł jednak w ogóle nie straszy (szkoda, nawiasem mówiąc), więc można spokojnie skupić się na ekranowej rozwałce.

Ten jeden króciutki fragment misji No Hope in Hadley's osadzony w kanałach autentycznie sprawił, że pierwszy raz od rozpoczęcia rozgrywki wczułem się w grę i utożsamiłem z bohaterem. Byłem tam tylko ja, (bo komputerowy towarzysz jest do niczego), mój M56 i horda ksenosów padających jak muchy w słabo oświetlonym korytarzu. Padających od gradu kul i potęgi USCM - Jenette Vasquez byłaby dumna! Smartgun pluł ogniem, posuwałem się do przodu z palcem na spuście (tzn. LPM) eliminując kolejne ksenomorfy, ale wkrótce frajdę z gry zastąpiły zupełnie inne emocje.

Po pierwsze żal, bo po dwóch minutach smartgun trzeba porzucić i gra znów wraca do poprzedniego, niskiego poziomu. Po wtóre zaś smutek z powodu zmarnowanego potencjału, zabitego niechlujnym wykonaniem.



1 komentarz: